Nadeszły wakacje, a zatem Gregor może bez żadnych ograniczeń, przebywać w Podziemiu. Miłą odmianą dla niego jest także to, że po raz pierwszy pobyt w świecie przyjaciół nie wiąże się z żadną przepowiednią. Do czasu, gdy przez przypadek odkrywa, że Chrupacze znikają w niewyjaśnionych okolicznościach, no i cóż, kto jak nie Gregor miałby zająć się tą sprawą?

REKLAMA
„Gregor i tajemne znaki” czyli spotkanie z Głodowymi Igrzyskami wersja dla dzieci część czwarta, to kolejna świetna porcja rozrywki dla czytelników w każdym wieku. Możliwe, że w tym momencie się powtarzam, ale Kroniki Podziemia w dalszym ciągu trzymają poziom, a nawet niektóre tomy są lepsze od jedynki – tego Collins nie udało się powtórzyć w przypadku „Igrzysk śmierci”, gdzie każda kolejna część jest gorsza od poprzedniej. Widać, że autorka ma pomysł na kolejne przygody Gregora, więcej – możliwe, że choć nie wiedziała, ile jej ostatecznie wyjdzie tomów, ładnie się seria powoli zamyka i póki co wątki nie uciekają.
Tym razem Gregor miło i całkiem spokojnie spędza wakacje w Podziemiu. Trochę trenuje, młodsza siostra Botka uczy się latać na nietoperzach, no i może odwiedzać mamę, która nadal przebywa w szpitalu. Jest miło, zwłaszcza, że - jak wszyscy wokół niego utrzymują – nie ma kolejnej przepowiedni, zapowiada się, że nie trzeba narażać swojego życia, tak więc jest miło, aż do chwili, gdy Gregor odkrywa, że Chrupacze nagle zaczynają znikać. Pod wodzą Luksy i z pomocą Zrodzonej Nieco Przypadkiem Drużyny [jak się okazuje, wymówka piknik działa nie najlepiej] rusza na ratunek biednym myszom.
Żeby było ciekawiej, bohaterowie zdają się coś przed Gregorem ukrywać – co wypada całkiem dobrze, bo choć czytelnicy szybko domyślą się, o co chodzi, to Collins nie odkryła wszystkich swoich kart i dokładna treść ostatniej przepowiedni póki co pozostaje zagadką. Czwarty tom, to także pierwsza część w serii kończąca się dość wyraźnym i zaskakującym cliffhangerem i choć trochę szkoda, że tak szybko się książka urywa i w tak niespodziewanym momencie, to jest to decyzja słuszna.
Tym samym „Gregor i tajemne znaki” stanowią preludium do piątego tomu i to preludium satysfakcjonujące. Suzanne Collins pokusiła się o rozbudowanie tych wątków, które dotychczas były tylko zarysowane i nie za bardzo miały szansę pojawienia się na kartach książki, dlatego książka, mimo że spokojniejsza pod względem akcji, pozostaje ciekawa. Nie można oczywiście zaprzeczać, że to po prostu jeszcze jedno przygotowanie gruntu pod zakończenie serii, ale dzięki temu można liczyć na naprawdę niezły finał. Zwłaszcza, jeżeli autorka postanowi poruszyć wszystkie sprawy, o których napomknęła w poprzednich częściach.
Czwarta część to także preludium do wojny. Pod każdym względem „Gregor i tajemne znaki” są wstępem do finału, ale to miłe – przyda się chwila oddechu. A Suzanne Collins może dobrze przygotować czytelnika pod piąty tom i miejmy nadzieję, że po tak dobrym preludium nie zawiedzie w finale.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?