
Pisanie pamiętnika przypomina spojrzenie na, przed chwilą użytą, chusteczkę do nosa. Z drugiej strony dziennik czasem jest jedynym rozmówcą ludzi samotnych. A przecież samotność wynika z braku miłości. Czyż więc piszący dzienniki nie zostali pozbawieni najwspanialszego z uczuć, któremu każdy z nas chce się poddać?
REKLAMA
Oj, zbyt często dopada mnie przygnębiająca lektura. Tak pomyślałem zamykając książkę Leny Pappa. Jakoś trudno mi było pogodzić się z rozpaczliwym łkaniem serca kobiety, która całe swoje życie pragnęła szczęścia w miłości. Szczęście jest deficytowe. Nie sprzedają go na kilogramy w sklepach i trzeba je wywalczyć od życia. Ta myśl dojrzała u autorki dziennika po wielu rozczarowaniach. Marzenia skonfrontowane z rzeczywistością uczyniły ją nieco rozgoryczoną i prawie żebrzącą o miłość kobietę.
Przyznam, że dopiero po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że czytam nie sam dziennik, ale książkę pisaną w jego konwencji. Ot prosty zabieg polegający na dojrzewaniu narracji wraz z dojrzewaniem samej narratorki zmylił mnie nieco, czyniąc jednocześnie książkę znacznie ciekawszą. Czy może być bowiem coś bardziej żałosnego od pamiętniczka nastolatki przeżywającej swą pierwszą miłość do nauczyciela? Oczywiście ta nastolatka zaczyna dojrzewać, staje się kobietą, używa bardziej wyszukanych słów, ale w dalszym ciągu pozostaje głodnym uczucia podlotkiem. I to właśnie, dla czytelnika płci męskiej, jest nieco irytujące. Facet nie lubi mówić o uczuciach, jako twardziel, wrażliwy na słowo pisane, szuka zdań perełek, a tymi Pappa zdaje się rozpieszczać.
Ale życie, jak nam uświadamia Autorka, dane nam jest, byśmy coś z nimi zrobili, nie marnując, jak papieros pozostawiony w popielniczce. Nie będę więc rozpisywać się o samej książce, ani narzucać z niej wrażeń.
Trzeba żyć….
