
Tel Awiw, ulica Dizengoffa. W małym mieszkaniu stary mężczyzna siada przed maszyną do pisania, której lata świetności minęły równie dawno, co jego. Nie wspomina okresu chwały, kiedy budował państwo Izrael, ale lata młodości w przedwojennej Warszawie. Warszawie, mieście nie tylko pisarzy i filmowców, ale również twardych i bezwzględnych gangsterów.
REKLAMA
„Mojego ojca zabił wysoki, przystojny Żyd o szerokich ramionach i potężnych plecach machabejskiego boksera”. Tym zdaniem Szczepan Twardoch wprowadza nas w świat warszawskiego półświatka końca lat trzydziestych. Doprawdy dziwne to były lata. Po śmierci Marszałka wielu ludzi polowało na schedę po nim. Obóz piłsudczyków zdawał się zapomnieć o polityce Marszałka i realizował politykę zbliżoną do ideologii skrajnej prawicy. Getto ławkowe, coraz częstsze łamanie praw mniejszości narodowych, nieprzemyślane kroki w polityce międzynarodowej, słabość państwa i armii miały w niedalekiej przyszłości doprowadzić do narodowej tragedii. Na razie jednak wszyscy z optymizmem patrzą w przyszłość. Skrajna prawica flirtując z obozem rządowym marzy o przejęciu władzy, lewica skupia się na obronie elementarnych praw obywatelskich, z kolei gangsterzy prowadzą swoje interesy sporadycznie angażując się w politykę.
Warszawa ma swojego Króla. Jest nim Kum Kapica, dawny bojownik PPS-u, obecnie przywódca gangu terroryzującego warszawskich handlarzy. Kumowi haracz płacą wszyscy, sprzeciw bowiem grozi spotkaniem z Jakubem Szapiro, gangsterem uprawiającym boks. Obaj rozbijają się po stolicy luksusowymi samochodami i kłują w oczy drogimi garniturami i wystawnym trybem życia. Naum Bernsztajn w starciu z takimi tuzami nie miał szans, żadne bowiem argumenty nie mogły trafić do jego prześladowców. Naum musi więc umrzeć, a jego syn, Mojżesz, z zainteresowaniem przygląda się mordercy ojca. Nie wie jednak, jak wieczór, w którym oglądał walkę mordercy, zmieni jego życie.
Szczepan Twardoch jest literackim uwodzicielem. Uwiódł mnie Drachem, wzburzył Wiecznym Grunwaldem i powalił na kolana Morfiną. Po raz kolejny udowodnił mi, że jest niekwestionowanym mistrzem polskiej prozy. W Królu jest bowiem wszystko, czego możemy oczekiwać od dobrej książki. Szczypta sensacji, parę gramów przyjaźni, namiętność, starcie z polityką, a nade wszystko to, z czego Twardoch słynie, słabość człowieka, który musi ulec pokusie i to twardochowskie mieszanie rzeczywistości. Czytelnik przeskakując między Warszawą lat trzydziestych, a współczesnym Tel Awiwem zaczyna się przygotowywać do finału, który po twardochowsku nie może być optymistyczny, bowiem taka historia musi skończyć się tragicznie.
A Król? Ten jest tylko jeden….
