Józef Hen
Bruliony profesora T.
Józef Hen Bruliony profesora T. Wydawnictwo Sonia Draga

Czasem nawet amerykański profesor potrafi zabawić się w prywatnego detektywa. Zarówno prywatny detektyw, jak i profesor mają prawo ulec urokowi pięknej kobiety. Konia z rzędem jednak temu, kto znajdzie profesora, przeistaczającego się w prywatnego detektywa, z iście playboyowskimi skłonnościami, który fascynuje się relacjami łączącymi Gorkiego z Leninem.

REKLAMA
Zacznijmy jednak od początku. Jest Warszawa roku 2005. Amerykański naukowiec, slawista, przybywa do stolicy naszego kraju by rozwiązać zagadkę śmierci swego przyjaciela. Równolegle poznaje niepokojąco uroczą kobietę i próbuję ją zdobyć. Kobieta w książce kryminalnej oznacza zazwyczaj kłopoty, a te oznaczają dla naszego bohatera nie tylko zauroczenie, ale i zakochanie. Znany naukowiec również fascynuje młodą osóbkę, można więc przypuszczać, że awanse naszego bohatera zakończą się sukcesem. Jednak kobieta, istota zmienna i niestała, szybko potrafi zmienić przedmiot swego uwielbienia, mężczyzna zaś, który nie dostrzeże tego w porę, szybko staje się żałosny. Abyśmy nie zabili śmiechem naszego bohatera, Autor odrywa nas od głównego nurtu akcji opisem relacji Maksyma Gorkiego z przywódcami Rosji Radzieckiej, kiedy zaś czytelnik dostatecznie znudzi się wątkiem historycznym, wracamy do śledztwa i prób uwiedzenia pięknej Matyldy, a kiedy zagadka, nad którą tak mozoli się nasz bohater zostaje rozwiązana, z ulgą odkładamy książkę.

Bruliony profesora T nie są więc książką wybitną. Daleko im z pewnością choćby do Crimena. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Józef Hen wcale nie chciał pisać kryminału. Tak tylko wyszło, że wielu czytelników uznaje za dominujący właśnie wątek kryminalny. Prawdopodobnie też nie było celem naszego Autora opisywanie historii pierwszych lat porewolucyjnej Rosji. Do tego wcale nam nie jest potrzebna współczesność. Autorowi chodziło po prostu o ukazanie relacji pisarza i władzy, relacji niezmiennej, relacji typowo obywatelskiej. Nie zgadzam się z polityką mojego rządu, ale nie przestałem być Amerykaninem, mówi na jednej z kart profesor T. Władza wymaga lojalności wobec ojczyzny i wobec siebie, w zamian za do może, choć nie musi, gwarantować swobodę wyrażania swoich poglądów. Jeśli jednak władza będzie sama siebie utożsamiać z ojczyzną, wówczas wymagać będzie nie samej lojalności, ale wiernopoddańczych hołdów.
Przyznam, że tym razem czytelnik może poczuć się zawiedziony. Tak, Józef Hen przyzwyczaił nas do uczt słowa. Crimen, Nowolipie czy Szóste najmłodsze wyrobiły w nas oczekiwanie, że wszystko, co wyjdzie spod pióra Mistrza będzie istnym majstersztykiem. Każdy z nas ma jednak prawo do chwili słabości, dlaczegóż mielibyśmy odmawiać ich Józefowi Henowi?

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?