Dominique de Saint Pern
Baronowa Blixen
Dominique de Saint Pern Baronowa Blixen Wydawnictwo Czytelnik

Tej kobiety przedstawiać chyba nie trzeba. Każdy, kto oglądał znakomity film Sydneya Pollacka z Meryl Streep i Robertem Redfordem przybliżyła polskiemu widzowi tę nietuzinkową kobietę. Wydaje się jednak, ż to obraz nieco wyidealizowany, wykreowany ze ścisłą precyzją przez samą zainteresowaną. Jaką kobietą była naprawdę? Na to pytanie stara się znaleźć odpowiedź Dominique de Saint Perne.

REKLAMA
Literacka opowieść o Tanne, lwicy afrykańskiej, kobiecie, która starała się odtworzyć w Afryce klimat europejski, włożona jest w usta Clary Selborn, jej długoletniej sekretarki. Sama Selborn była jedną z tych postaci, która mogłaby o sobie powiedzieć, że coś wie o Baronowej Blixen, kobiecie, która potrafiła z równą pasją opowiadać, co oplatać, niczym pająk swą siecią, pozostających pod jej urokiem ludzi, a odrzucona, potrafiła długie lata pielęgnować urazę.
Książka rozpoczyna się w momencie, kiedy do Kenii przybywa aktorka, Meryl Streep, by wcielić się w rolę kobiety, której kochanek był piękniejszy od niej samej. Jakże fałszywa była wizja znakomitej aktorki, jakże fałszywie wykreowała dość zazdrosną i egocentryczną, skrzywdzoną przez los i własnego męża Baronową. Wprawdzie po rozwodzie nasza bohaterka straciła prawo do tytułu i nazwiska, jednak wszyscy w jej towarzystwie używali w stosunku do niej tego tytułu, toteż i nam, prostym czytelnikom, to przystoi. Jednak sam fakt używania tytułu, sądzić można, że wymuszany psychicznie przez samą zainteresowaną, nie świadczy o niej zbyt pozytywnie. O ile bowiem korzystniej wypadłaby w naszych oczach Baronowa, gdyby chciała być tylko tą prostą gawędziarką, potrafiącą oczarować czytelnika i przykuć jego uwagę? Wszak przed Ucztą Babette każdy z nas padłby na kolana i krzyczał z zachwytu, niczym hrabalowscy goście uczty etiopskiego Cesarza? Jakże blado wygląda miłość opisana przez nią w swoich wspomnieniach ze zderzeniem z twardą prawdą o tym, iż tylko śmierć jej ukochanego Denisa uchroniła ją przed obnoszeniem się z bólem odrzucenia przez wieloletniego kochanka.
Przyznam szczerze, że troszkę żałuję, iż sięgnąłem po tę książkę. Napisana jest ona świetnym językiem, opowiada historię życia osoby niebanalnej, a sama narracja przykuwa uwagę. Jednak w samej książce znalazłem swoiste czytelnicze profanum. Osoba Autora książki, którą uważam za majstersztyk jest mi obojętna. Jego czyny, osobowość czy wady nie mają, lub też nie powinny mieć wpływu na percepcję jego książek. Czy takie nieco bezpardonowe odzieranie ze sfery intymności, udowodnienie autokreacji własnego wizerunku nie powoduje zupełnie innego potraktowania jego prozy? A może wręcz przeciwnie, może właśnie to spowoduje, iż z większym zainteresowaniem sięgniemy po jego książkę?
Na to pytanie znajdę odpowiedź, kiedy ponownie sięgnę po Pożegnanie z Afryką.

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?