
REKLAMA
„ Życie jest wyłącznie dla odważnych, Kim. Musisz je sobie urządzić tak, jak chcesz i sama dla siebie je zdobyć. […] Po prostu bądź sobą, bo któregoś dnia otworzysz oczy i już będzie za późno, żeby pójść własną drogą.”
Bea ma pięćdziesiąt dwa lata, gdy nagle zostaje wdową. Choć Peter nie był miłością jej życia, to kochała go, a jego nagły brak jest dla niej wielkim ciosem. Przez kolejny rok ucieka przed samotnością w pracę, rozpamiętując utraconą przed laty miłość i nie wierząc w to, by coś miało się zmienić . Jednak gdy nawiązuje internetową znajomość z niejaką McKay, a także próbuje pomóc w rozwiązaniu nastoletnich problemów jej wnuczki Flory, pod wpływem decyduje się na podróż do odległego Edynburga.
Powieści spod znaku Bożego Narodzenia mają to do siebie, że łatwo je zepsuć i sprawić, by stały się niestrawne. Wiadomo, że w dużej mierze ich zadaniem jest, by czytelnik poczuł magię świąt, a przez to szczęśliwszym. Aby osiągnąć ten efekt autorzy sięgają do sprawdzonych opowieści, gdzie motywami głównymi jest miłość [dopiero pojawiająca się lub znów odnawiana], rodzina [koniecznie zgrana lub w wersji nieco smutniejszej – dopiero przełamująca obopólne uprzedzenia i pretensje], a także dobroć w szerokim tego słowa znaczeniu, zaś prawie każda historia kończy się szczęśliwie przy dźwiękach kolęd, a samotni początkowo bohaterowie odnajdują sens życia i bratnie dusze. Mając taki przepis łatwo dodać za wiele lukru i sprawić, by historia stała się niestrawna przez zbytnią słodkość. Na szczęście Amandzie Prowse udało się, choć do klapy było całkiem blisko.
„Świąteczna kafejka” ma wszystko, czego potrzeba prawdziwej świątecznej opowieści. Śnieg – aby go otrzymać Prowse wysyła bohaterów z Australii do Szkocji – samotnych i nieszczęśliwych bohaterów [choć poziom ich smutku jest zróżnicowany], konflikty, które trzeba będzie rozwikłać, a także – nieco nadprogramowo, bo jeden problem wystarczy na jedną historię świąteczną – tajemnicę z przeszłości.
Nie ograniczając się do jednej tylko historii, Amanda Prowse funduje mniej więcej tuzinowi bohaterów ich własne szczęśliwe zakończenia. To mogłoby denerwować, bo w końcu jaka jest szansa, by w to samo Boże Narodzenie tyle osób pozostających ze sobą w miarę ścisłym związku odnalazło na nowo chęć do życia? Jednak to, co nie wyszło w „Hotelu Złamanych Serc”, to układa się w całkiem zgrabną opowieść w „Świątecznej kafejce”. Może dlatego, że wydaje się, że Prowse zdała się na to, by ta historia się powoli toczyła i po prostu po drodze pozwoliła Bei naprawiać błędy, udzielać dobrych rad i scalać rodzinę. Nie czuć w tym usilnego dydaktyzmu, to po prostu rady dawane przez matkę synowi, przez babcię wnuczce.
Pewnie to także zasługa tego, że Prowse nie rozbija historii na części – to, co jest drugoplanowe, faktycznie pozostaje na drugim planie, dlatego na przykład losy Kim, jednej z pracownic w kawiarni Bei, czytelnik poznaje szczątkowo, mogąc się tylko domyślać, co wydarzyło się pomiędzy. Najważniejsza jest historia głównej bohaterki, Bei i to na niej będzie się skupiać książka.
„Świąteczna kafejka” to historia w sam raz na święta i można się spodziewać właśnie tego, czym jest i niczym więcej. Lekka, pogodna i ciepła opowieść, która tylko w okresie zimowym jest w miarę strawna. Ale w czasie świąt stanowi idealną lekturą. Bo gdy wokół trwa zamęt, taka opowieść z happy endem stanowi miłą ostoję.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
