
Książka ta miała wywołać w Izraelu ogólnonarodową dyskusję na temat początków państwa i polityki identyfikacyjnej jego obywateli.
REKLAMA
Tak to bowiem jest, że w wielu krajach trwają spory na temat przyjętej wizji historycznej. Dyskusje te prowadzi zazwyczaj drugie lub trzecie pokolenie, spierając się o racje, które kierowały czynami ojców lub dziadków. To trzecie pokolenie zazwyczaj ma poczucie dystansu emocjonalnego do tych wydarzeń i potrafi chłodno ocenić przeszłość. Czyżby dyskusja, o jakiej myślał Segev pisząc tę książkę, nie nastąpiła? Dlaczego? Społeczeństwo izraelskie pokazało, że do rozmowy o trudnych czasach z przeszłości narodu żydowskiego jest gotowe. Ojcowie i dziadkowie dzisiejszych trzydziesto-, czterdziestolatków w swoich ocenach postaci Kastnera czy Rumkowskiego charakteryzowali się wręcz nieludzką pryncypialnością. Dzisiejsze młode pokolenie patrzy na te osoby inaczej - przez pryzmat liczby ludzi, którzy przeżyli wojnę. Okazuje się jednak, że czym innym jest ocenić pozytywnie Kastnera czy Rumkowskiego, czym innym zaś krytykować założycieli państwa żydowskiego.
Z tego więc powodu książka Segeva zebrała niezbyt pochlebne opinie i nie wywołała zamierzonej przez autora ogólnonarodowej dyskusji o Holokauście jako spoiwie społeczeństwa izraelskiego. Co prawda część zawziętych krytyków Segeva, jak np. prof. Jehuda Bauer, wycofało się ze swoich ostrych opinii, jednak dla wielu mieszkańców Izraela Tom Segev ciągle nie jest ulubionym pisarzem. To zresztą nic nowego. W Polsce też wielu ludzi a`priori neguje wszystko, co pisze Jan Tomasz Gross, mimo iż istnieje wiele dowodów na prawdziwość faktów przez Grossa opisywanych. Segev nie ma też szczęścia do czytelników spoza Izraela. Dla niechętnych państwu Izrael, książka Segeva jest dowodem potwierdzających jego nieco ksenofobiczną wizję świata. Takie z kolei wykorzystywanie Segeva uzbraja bezkrytycznych wielbicieli Izraela w dowody na mniej lub bardziej antyizraelskie, by nie powiedzieć antysemickie, nastawienie Segeva. I w ten właśnie sposób czytelnikom umyka cel przyświecający Segevowi w pisaniu „Siódmego miliona” . Wszyscy zapominają, że książka ta została skierowana do odbiorcy izraelskiego. Polscy recenzenci książki nie dostrzegli jakoś analogii między niechęcią Żydów pochodzących z Europy Wschodniej do pochodzących z Niemiec „Jeke” z tradycyjną wręcz niechęcią mieszkańców Radomia do Kielczan. Umyka nam analogia w założeniu żółtych gwiazd przez mieszkańców osady Jamit do scen z marszów, których jesteśmy świadkami dziesiątego dnia każdego miesiąca. W zbliżeniu Izraela z Niemcami nie widzimy analogii do polityki ukraińskiej polskich władz. A przecież najlepiej oceniać postępowanie społeczeństwa jakiegokolwiek państwa przez chłodne porównanie ze społeczeństwem własnym.
Jak już zostało napisane, Segev krytykuje wykorzystanie Holokaustu jako wspólnego dziedzictwa wszystkich mieszkańców Izraela bez względu na to, z którego kraju pochodzili. Wskazuje jednocześnie na fakt, iż do procesu Eichmanna Zagłada jako taka nie zajmowała istotnego miejsca w życiu publicznym państwa. Oczywiście, sprawcy Holokaustu tkwili w świadomości narodu. Ulubionym wyzwiskiem polityków było porównanie przeciwników politycznych do Hitlera. Takim wyzwiskiem obdarzał David Ben Gurion Menachema Begina, a Menachem Begin odpłacał mu tą samą monetą. Oczywiście obaj nie mieli świadomości, że relatywizują postać największego zbrodniarza. Podobnie w 1977 roku - mieszkańcy Jamit przyszywając do swoich ubrań żółte gwiazdy nie mieli świadomości, że tak naprawdę umniejszają tym cierpienia getta łódzkiego czy uwięzionych w Teresienstadt. Brak tej świadomości w niczym jednak nie usprawiedliwia tego postępowania. I tu można mieć pretensje do Segeva, że nie wyartykułował tego jako podstawowego zarzutu w stosunku do obywateli żydowskiego państwa. Zamiast tego Segev krytykuje przywódców syjonistycznych za wyrażenie zgody na utworzenie kadłubkowatego państwa w ramach planu Peela. Powstanie już w latach trzydziestych XX w. Izraela ułatwiłoby, zdaniem Segeva, przyjęcie uchodźców z Niemiec, a później z zagrożonych wojną regionów, bez konieczności liczenia się ze zdaniem Brytyjczyków. Trudno w tym nie przyznać racji Segevowi, ale czy takie panstwo by przetrwało? Czy znalazłoby w sobie dość rezerw na absorpcję tak wielkiej masy ludzkiej? Każde zdarzenie w historii miało miejsce nie tylko z woli współczesnych wielkich tego świata, ale też w określonych warunkach geopolitycznych, gospodarczych i militarnych. Nam współczesnym wygodnie jest oceniać decyzje podejmowane w diametralnie innych warunkach. Wydaje nam się, że ludzie, których oceniamy, byli mędrcami umiejącymi przewidywać przyszłość. Łatwo nam jest krytykować decyzje o nieprzyjmowaniu do ówczesnej Palestyny ludzi, którzy byliby ciężarem dla rodzącej się tam społeczności, możemy – krytycznie - oceniać określenie „marny materiał ludzki” wypowiedziane w 1936 roku w świetle zdarzeń z 1942 roku, ale czy to będzie miało sens? Pozostawmy to pytanie bez odpowiedzi.
Nie sposób się jednak nie zgodzić z Segevem, iż dążenie założycieli Izraela do stworzenia nowego, dzielnego społeczeństwa nie przypomina nieco komunistycznej idei budowy nowego człowieka. Nowy człowiek- mieszkaniec Izraela miał być zaprzeczeniem zastraszonego Żyda z diaspory. Z tego powodu musiał odrzucić wszystko: kulturę sztetla, język domu rodzinnego, intelektualne aspiracje. Przeciwieństwem zastraszonego Żyda z diaspory miał być mieszkaniec kibucu, taki, który w dzień uprawia ziemię, a w nocy z karabinem pilnuje osady przed terrorystami, gotów w jej obronie polec niczym mieszkaniec Masady. Pomijając fakt, iż najdzielniejsi z żołnierzy Palmachu czy Brygady Żydowskiej rekrutowali się ze świeżo przybyłych do Mandatu, zastanowić się należy nad tym, jak łatwo odrzucone zostało ponadtysiącletnie intelektualne dziedzictwo Żydów europejskich. Ale czy skutecznie? Jakoś nasuwają się analogie do wiosek potiomkinowskich. Pod fasadą tego dumnego Izraelczyka, który nie pozwoliłby się prowadzić jak jagnię na rzeź, krył się dalej zastraszony Żyd z Galicji, szczęśliwy, że w porę opuścił dom rodzinny, ale i żyjący z poczuciem winy, że jemu się udało, innym zaś nie. Niechęć skierowała się w stronę uratowanych z Zagłady. Wszak oni musieli być egoistami, musieli współpracować z hitlerowcami, skoro przeżyli. Ten zarzut wyartykułował nawet Ben Gurion, o czym współcześnie obywatele Izarela nie chcą pamiętać, nazywając jednocześnie pomordowanych w czasie Holokaustu bohaterami.
Tak więc grzech pierworodny „ojców państwa” stał się mitem scalającym państwowość. Mitem nadużywanym, mitem, który w konsekwencji spowodował ukucie terminu „przedsiębiorstwo Holokaust”.
Z tego więc powodu książka Segeva zebrała niezbyt pochlebne opinie i nie wywołała zamierzonej przez autora ogólnonarodowej dyskusji o Holokauście jako spoiwie społeczeństwa izraelskiego. Co prawda część zawziętych krytyków Segeva, jak np. prof. Jehuda Bauer, wycofało się ze swoich ostrych opinii, jednak dla wielu mieszkańców Izraela Tom Segev ciągle nie jest ulubionym pisarzem. To zresztą nic nowego. W Polsce też wielu ludzi a`priori neguje wszystko, co pisze Jan Tomasz Gross, mimo iż istnieje wiele dowodów na prawdziwość faktów przez Grossa opisywanych. Segev nie ma też szczęścia do czytelników spoza Izraela. Dla niechętnych państwu Izrael, książka Segeva jest dowodem potwierdzających jego nieco ksenofobiczną wizję świata. Takie z kolei wykorzystywanie Segeva uzbraja bezkrytycznych wielbicieli Izraela w dowody na mniej lub bardziej antyizraelskie, by nie powiedzieć antysemickie, nastawienie Segeva. I w ten właśnie sposób czytelnikom umyka cel przyświecający Segevowi w pisaniu „Siódmego miliona” . Wszyscy zapominają, że książka ta została skierowana do odbiorcy izraelskiego. Polscy recenzenci książki nie dostrzegli jakoś analogii między niechęcią Żydów pochodzących z Europy Wschodniej do pochodzących z Niemiec „Jeke” z tradycyjną wręcz niechęcią mieszkańców Radomia do Kielczan. Umyka nam analogia w założeniu żółtych gwiazd przez mieszkańców osady Jamit do scen z marszów, których jesteśmy świadkami dziesiątego dnia każdego miesiąca. W zbliżeniu Izraela z Niemcami nie widzimy analogii do polityki ukraińskiej polskich władz. A przecież najlepiej oceniać postępowanie społeczeństwa jakiegokolwiek państwa przez chłodne porównanie ze społeczeństwem własnym.
Jak już zostało napisane, Segev krytykuje wykorzystanie Holokaustu jako wspólnego dziedzictwa wszystkich mieszkańców Izraela bez względu na to, z którego kraju pochodzili. Wskazuje jednocześnie na fakt, iż do procesu Eichmanna Zagłada jako taka nie zajmowała istotnego miejsca w życiu publicznym państwa. Oczywiście, sprawcy Holokaustu tkwili w świadomości narodu. Ulubionym wyzwiskiem polityków było porównanie przeciwników politycznych do Hitlera. Takim wyzwiskiem obdarzał David Ben Gurion Menachema Begina, a Menachem Begin odpłacał mu tą samą monetą. Oczywiście obaj nie mieli świadomości, że relatywizują postać największego zbrodniarza. Podobnie w 1977 roku - mieszkańcy Jamit przyszywając do swoich ubrań żółte gwiazdy nie mieli świadomości, że tak naprawdę umniejszają tym cierpienia getta łódzkiego czy uwięzionych w Teresienstadt. Brak tej świadomości w niczym jednak nie usprawiedliwia tego postępowania. I tu można mieć pretensje do Segeva, że nie wyartykułował tego jako podstawowego zarzutu w stosunku do obywateli żydowskiego państwa. Zamiast tego Segev krytykuje przywódców syjonistycznych za wyrażenie zgody na utworzenie kadłubkowatego państwa w ramach planu Peela. Powstanie już w latach trzydziestych XX w. Izraela ułatwiłoby, zdaniem Segeva, przyjęcie uchodźców z Niemiec, a później z zagrożonych wojną regionów, bez konieczności liczenia się ze zdaniem Brytyjczyków. Trudno w tym nie przyznać racji Segevowi, ale czy takie panstwo by przetrwało? Czy znalazłoby w sobie dość rezerw na absorpcję tak wielkiej masy ludzkiej? Każde zdarzenie w historii miało miejsce nie tylko z woli współczesnych wielkich tego świata, ale też w określonych warunkach geopolitycznych, gospodarczych i militarnych. Nam współczesnym wygodnie jest oceniać decyzje podejmowane w diametralnie innych warunkach. Wydaje nam się, że ludzie, których oceniamy, byli mędrcami umiejącymi przewidywać przyszłość. Łatwo nam jest krytykować decyzje o nieprzyjmowaniu do ówczesnej Palestyny ludzi, którzy byliby ciężarem dla rodzącej się tam społeczności, możemy – krytycznie - oceniać określenie „marny materiał ludzki” wypowiedziane w 1936 roku w świetle zdarzeń z 1942 roku, ale czy to będzie miało sens? Pozostawmy to pytanie bez odpowiedzi.
Nie sposób się jednak nie zgodzić z Segevem, iż dążenie założycieli Izraela do stworzenia nowego, dzielnego społeczeństwa nie przypomina nieco komunistycznej idei budowy nowego człowieka. Nowy człowiek- mieszkaniec Izraela miał być zaprzeczeniem zastraszonego Żyda z diaspory. Z tego powodu musiał odrzucić wszystko: kulturę sztetla, język domu rodzinnego, intelektualne aspiracje. Przeciwieństwem zastraszonego Żyda z diaspory miał być mieszkaniec kibucu, taki, który w dzień uprawia ziemię, a w nocy z karabinem pilnuje osady przed terrorystami, gotów w jej obronie polec niczym mieszkaniec Masady. Pomijając fakt, iż najdzielniejsi z żołnierzy Palmachu czy Brygady Żydowskiej rekrutowali się ze świeżo przybyłych do Mandatu, zastanowić się należy nad tym, jak łatwo odrzucone zostało ponadtysiącletnie intelektualne dziedzictwo Żydów europejskich. Ale czy skutecznie? Jakoś nasuwają się analogie do wiosek potiomkinowskich. Pod fasadą tego dumnego Izraelczyka, który nie pozwoliłby się prowadzić jak jagnię na rzeź, krył się dalej zastraszony Żyd z Galicji, szczęśliwy, że w porę opuścił dom rodzinny, ale i żyjący z poczuciem winy, że jemu się udało, innym zaś nie. Niechęć skierowała się w stronę uratowanych z Zagłady. Wszak oni musieli być egoistami, musieli współpracować z hitlerowcami, skoro przeżyli. Ten zarzut wyartykułował nawet Ben Gurion, o czym współcześnie obywatele Izarela nie chcą pamiętać, nazywając jednocześnie pomordowanych w czasie Holokaustu bohaterami.
Tak więc grzech pierworodny „ojców państwa” stał się mitem scalającym państwowość. Mitem nadużywanym, mitem, który w konsekwencji spowodował ukucie terminu „przedsiębiorstwo Holokaust”.
