Stephenie Meyer "Chemik"
Stephenie Meyer "Chemik" Wyd. Edipresse

REKLAMA
Oficjalnie nie żyje. Alex zmienia swoje tożsamości jak rękawiczki, skutecznie uciekając przed rządem. Od trzech lat ścigają ją agenci, w tym byli pracodawcy, dlatego też z niejakim zdziwieniem przyjmuje od swojego byłego szefa zadanie przesłuchania mężczyzny, który zamierza wywołać epidemię.
Służba nie drużba, nawet jeśli właśnie ci, którzy ją kiedyś zatrudnili, teraz najchętniej widzieliby ją w żelaznej trumnie kilka metrów pod ziemią, dlatego też Alex wahając się tylko chwilę, porywa podejrzanego. Zamierza go przesłuchać, wykorzystując przy tym swoje stare metody przesłuchań, przy których sposoby starej, dobrej Inkwizycji, to zabawa ze szczeniaczkami. Oto będzie go torturować środkami chemicznymi. Nawet jeśli przeczucie podpowiada jej, że to niewinny mężczyzna.
„Chemik” to najnowsza powieść Stephanie Meyer, jakże różna od najbardziej znanych jej książek. Porwania, tortury, pościgi, zemsta, wszystko, co krzyczy powieścią sensacyjną, w niczym nie przypomina paranormalnego romansu, najbardziej sztandarowego jej dzieła. Cóż, Meyer postanowiła spróbować czegoś innego i w sumie trudno ocenić efekty.
Z jednej strony to się naprawdę nieźle czyta. Jako, że jestem osobą, która za „Zmierzchem” nie przepada – choć w chwili pojawiania się książek z sagi znajdowałam się mniej więcej w grupie docelowej – myślałam, że trudniejsze będzie dla mnie zmierzenie się z „Chemikiem”. Nie oszukując – styl pisania Meyer za bardzo się nie poprawił, zresztą nielogiczności i sprzeczności w historii i w zdaniach pojawiają się nieraz w książce – ale tym, którzy z trudem przedzierali się przez sagę „Zmierzch”, pomoże fakt, że tym razem Meyer postawiła na akcję. W związku z czym, jakoś to się czyta i nawet szybko lektura idzie.
A przynajmniej póki Stephanie Meyer trzyma się historii o ucieczce i zemście. Typ powieści sensacyjnej wychodzi autorce „Zmierzchu” – choć jak wiadomo w tym rodzaju historii liczy się bardziej pomysł aniżeli wykonanie, co też pomaga Meyer, bo pomysł ma – no ale jako że w jej guście są raczej romanse, trzeba wątku miłosnego szukać i w „Chemiku”.
Ten zaś wprowadzony do książki na siłę – o, widzicie, mamy młodą kobietę, protagonistkę tej książki, mamy też młodego, przystojnego mężczyznę, to oczywiste, że między nimi musi do czegoś dojść – zaburza rytm książki. Nie tyle fabularnie – bo niejako utrzymuje w ryzach historię i służy za taki zapełniacz, gdy czytelnicy zapominają, o co właściwie chodziło w misji głównych bohaterów - ile charakter postaci.
Oto bowiem na samym początku Meyer zarysowuje postać Alex jako silnej, niezłomnej bohaterki, zręcznie wodzącej za nos agencje wywiadowcze od dobrych trzech lat. Kobiety, która tak boi się o swoje życie, że na noc zakłada maskę gazową, co kilka miesięcy zmienia tożsamość i zawsze ma przynajmniej trzy plany awaryjne. Ta sama kobieta jak gdyby nigdy nic podejmuje zlecenie od swojego byłego szefa, który próbował ją zabić. Jasne, sumienie ją gryzło, że przecież mogli zginąć niewinni ludzie. To jednak pikuś – bo wszak można to zrzucić na karb tego, że jakoś to książkę trzeba było zacząć, jakoś tę akcję zawiązać i przyjąć po prostu taką rzeczywistość – tak więc to tylko pikuś przy tym, jak zmieniają się umiejętności i charakter Alex wraz z biegiem książki i rozwojem romansu. Nagle się okazuje, że to nie tylko wykwalifikowany chemik specjalizujący się w torturowaniu ludzi, ale – uwaga – istny geniusz przynajmniej, bowiem nie ma dla niej rzeczy niemożliwej. Hakowanie – nie ma sprawy, operowanie ludzi – co tam, trudniejsze rzeczy się robiło. Nawet to, co miało być jej ułomnością – brak siły, nieumiejętność ataku fizycznego ze względu na mikry wzrost – w którymś momencie przestaje być problemem i Meyer posyła Alex do walki.
Jej wybranek romansowy nie lepszy – serio, podejrzewać można go wszelkie niecne czyny, bo to aż nienormalne, by bohater był tak tępy i tak miłosierny w stosunku do wszystkich naokoło. Syndrom sztokholmski zapewne się u niego objawił, choć autorka przez cały czas kreuje sytuację, jakby ich romans był najbardziej normalną i wskazaną rzeczą, jaka mogłaby zaistnieć.
I w końcu trzeci członek brygady – z psem – taki drugi wszechpotężny, co to się go kule nie imają, zabójca – co niejednokrotnie wypomina mu Alex, która w tych momentach wykazuje się daleko idącą hipokryzją, przecież on zabija, ona tylko torturuje ludzi- a także jedyny głos rozsądku w trio. Jako jedyny wykazuje się logiką, jako jedyny do końca książki zachowuje swój charakter w takiej formie, jak na początku został wykreowany.
Sama historia jako taka jest całkiem niezła – ma ciekawy pomysł, nie do końca dobrze zrealizowany, ale większość bzdur jakimi częstuje swoich czytelników Meyer, jest do przełknięcia, jeśli przyjmie się to z przymrużeniem oka, jako taką konwencję, którą sobie autorka wybrała. Gorzej, że niestety postanowiła rozpisać swoją opowieść na niemal sześćset stron – o co najmniej dwieście za dużo. Zawinił brak selekcji – zarówno wątków, bo i historia miłosna by przeszła, gdyby została zgrabniej i lżej, tj. krócej, podana, jak i samych słów – sporo jest bowiem nic nie wnoszących akapitów, wydarzeń, skupiających się na długich opisach ludzi, którzy pojawiają się tylko przez chwilę – ale też problemem jest nieumiejętność Meyer do zadecydowania, jaką właściwie powieść pisze. Czy sensację czy też jednak romans, od biedy z elementami przygodowymi. Bo w tej formie, jak to wyszło, trudno orzec, te dwa gatunki idą jakby odrębnym torem.
„Chemik” nie jest powieścią złą. Daleko jej do poziomu „Zmierzchu”, jednak trudno uznać ją za książkę dobrą. Miewa interesujące części i jeśli przeczyta ją się z rozpędu, bez zwracania uwagi na niedorzeczności, to jest całkiem niezła. Można po nią sięgnąć, ale cudów po autorce „Zmierzchu” oczekiwać nie należy.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?