
Czasem też, kiedy wszystko szło tak dobrze, kiedy była otumaniona i podekscytowana, czując, że nadchodzi jeden z tych tematów, które tak bardzo lubiła, że rozmawia się szczerze, poważnie, oni robili piruet i wymykali się z twarzami rozciągniętymi w idiotycznym, potwornym uśmiechu klauna.
REKLAMA
Tropizm to określenie reakcji roślin na bodźce ze świata zewnętrznego. Nathalie Sarraute dowodzi, że tropizmy dotyczą również człowieka. Trudno jest czytać książkę czy opowiadania pozbawione akcji. Ich bohaterowie tworzą drugi plan, niejakie tło dla wyrażenia uczuć, emocji, a przede wszystkim reakcji ludzkich. I takie właśnie opowiadania, zebrane pod wspólnym tytułem „Tropizmy”, a które zostały uznane za jedną z tysiąca najważniejszych książek XX wieku, mamy okazję przeczytać.
O ile trudno jest taką książkę czytać, to jeszcze trudniej jest o niej cos napisać. Mógłbym co prawda napisać kilka oczywistości, że Sarraute idzie w swej prozie drogą wytyczoną przez Andre Gide, że ona sama jest główną teoretyczką i praktyczką nurtu zwanego nouveau roman. Wszystko to oczywiście byłoby prawdą, ale jednocześnie byłoby jedynie wypełniaczem miejsca w internecie. Z obowiązku recenzenckiego winienem czytelnikom choćby krótki opis wrażeń, jakie towarzyszyły mi w czasie lektury.
Człowiek kontra uczucia. W tym zestawieniu człowiek sam przegrywa tracąc imię, a co za tym idzie własną podmiotowość. W tym świecie, gdzie liczą się uczucia, które możemy porównać do reakcji. Jeśli możemy mówić o poetyckiej prozie, pozbawionej zbędnych udziwnień, to Tropizmy będą doskonałym jej przykładem. Brak tu zbędnych słów, brak dłużyzn, tak naprawdę samą książkę można przeczytać w czasie picia filiżanki kawy, jednak coś każe wrócić czytelnikowi do lektury. Tak naprawdę to Tropizmy czytać można kilkakrotnie znajdując w nich coraz to nowe doznania. Nie da się więc ot tak przeczytać Tropizmów i odłożyć na półkę. Ta książka żyje w czytelniku, podobnie jak jego odczucia.
