Julian Fellowes "Belgravia"
Julian Fellowes "Belgravia" Wyd. Marginesy

REKLAMA
1815, Bruksela. Kilkadziesiąt kilometrów za miastem rozgrywa się wojna, w stolicy zaś trwa bal na cześć księcia Wellingtona. Większość z uczestniczących na nim żołnierzy zginie następnego dnia w bitwie pod Waterloo. Zwycięstwo okraszone jest tragedią rodzin, w tym Sarah – w bitwie traci życie jej ukochany. Ta śmierć jest początkiem dramatów jej bliskich.
Ćwierć wieku później rodzina Tranchardów mieszka w Londynie. Prowadzi spokojne życie, gdzieś w tle siły nabiera konflikt na linii ojciec-syn, a na życie domownikiem ciągle kładzie się cieniem śmierć Sarah, jednak codzienność toczy się swoim nudnym, powolnym tempem. Aż do dnia, gdy Anna, matka zmarłej dziewczyny, decyduje się wyjawić ciążący jej sekret lady Brockenhurst. Tym samym mimowolnie splata te dwa różne rody, łącząc ich losy.
„Belgravia” to taka soap-opera tyle że z realiami przeniesionymi do czasów wiktoriańskich. Napisana została z rozmachem – jak na taką objętość dziwi ilość wątków, jaką potworzył Julian Fellowes, choć oddając sprawiedliwość autorowi, wszystkie rozwinął i nie pozwolił, aby któryś z nich pozostał jedynie zarysowany. Przypomina nieco „Downton Abbey” – do tego serialu Fellowes pisał zresztą scenariusz – ale jeszcze z czasów zanim w tej produkcji absurd zaczął gonić absurd. A zatem – intrygi, tajemnice, zdrady, miłości, romanse i tragedie, a wszystko to podane w oprawie wytwornych manier, konwenansów i nawiązując do opowieści, w których żyjący w epoce wiktoriańskiej się zaczytywali.
Kto by jednak patrzył na te powiązania „Belgravii” z soap-operą, skoro liczy się, jaki jest efekt końcowy. A ten jest jak najbardziej satysfakcjonujący – powieść Juliana Fellowesa czyta się. W zasadzie to nie czytelnik przekłada strony, to strony płynnie się zmieniają, historia snuje się powoli swoim rytmem i ani się człowiek obejrzy, a wątki zamykają się, losy dopełniają i książka kończy się.
W tej płynności czytania, płynności historii i w zasadzie łatwości zostania pochłoniętym przez lekturę, wielka zasługa jest języka jakim Julian Fellowes się posługuje. Sam wywodzi się z rodziny arystokratycznej, cały tytuł ma z cztery razy dłuższy od nazwiska, który widnieje na jego książkach, zna więc tradycje, zwyczaje, słowem cały świat arystokracji od poszewki. I umie ten świat przekazać – to czuć podczas lektury. Nie wyjaśnia, nie tłumaczy rzeczywistości, do której wrzuca czytelnika, a jednak nie potrzeba żadnych objaśnień, przypisów czy gorączkowego sprawdzania u wujka Google’a, bo odbiorca książki czuje się jak w domu. Jakby wracał z dalekiej podróży do starego, uporządkowanego świata, może trochę przykurzonego, ale nieobcego mu. Większość nazw, jakimi posługuje się Fellowes, może nie są znane czytelnikowi, jednak autor rzuca nimi w taki sposób, że ten ma wrażenie, że rozumie, bo przecież brzmi to jak coś oczywistego, nie jak jakaś czarna magia.
Prócz tego w „Belgravii” wszystko zostało świetnie rozplanowane – a zatem autor z gracją buduje kolejne wątki, część zostawiając na dalszym planie, żadnego jednak w ostatecznym rozrachunku nie gubiąc. Jeśli wspomina jakąś postać, jakieś zdarzenie to z pewnością nie zapomni o tym – czego dowodem jest finał, gdzie wszystkie elementy trafiają na swoje miejsce w układance. Więc może i ma się skojarzenia z operą mydlaną, ale z operą mydlaną przemyślaną, z góry zaplanowaną, tak by nic się nie zgubiło, nic nie pozostało zawieszone w próżni zapomniane lub przemilczane, bo gdzieś po drodze zgubiło swój sens.

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?