Delia Ephron "Siracusa"
Delia Ephron "Siracusa" Wyd. WAB

REKLAMA
Dwa znajome sobie małżeństwa postanawiają spędzić razem wakacje. Na miejsce padają słoneczne Włochy – najpierw Rzym, potem mała, biedna Sirakuza gdzieś na Sycylii. Całość brzmi jak wakacje marzeń, lecz już pierwsze godziny we wspólnym towarzystwie ujawniają zgrzyty między nimi. A potem jest jeszcze gorzej.
Bo już na pierwszy rzut oka widać, ile ich różni. Lizzie i Michael – małżeństwo pisarza i dziennikarki – nie przystają do Finna i Taylor – właściciela restauracji i szefową biura turystycznego. Wakacje w zasadzie są pomysłem Finna i Lizzie, długoletnich przyjaciół, byłych kochanków, którzy nie bacząc na reakcję reszty – Taylor nie przepada za Lizzie, Michael za Finnem – doprowadzają do jego realizacji. A to cuchnie już na kilometr, zwłaszcza, że Finn chce zrobić na złość żonie, zapatrzonej w córkę, Michaela najbardziej zajmuje próba dodzwonienia się do kochanki, a Lizzie próbuje uszczęśliwić męża. I, zdaje się, żadne z czwórki zainteresowanych, nie zauważa, że coś nie gra w ich relacji.
Tak w skrócie można byłoby opowiedzieć, o czym jest „Siracusa”, powieść Delii Ephron, pisarki i scenarzystki filmowej. Jeśli chodzi o to drugie, to nie ma za bardzo, czym się chwalić – może i znalazł się scenariusz do „Masz wiadomość”, ale reszta dzieli się na gorsze i jeszcze gorsze pozycje, a całość koronuje jedna nominacja do Złotych Malin. Zaś o dziedzinę pisarską można się spierać, bo oprócz „Siracusy” to tylko jedna jej książka pojawiła się po polsku, dawno temu. Ta zaś najnowsza powieść zbiera skrajnie odmienne oceny.
Powodem niewątpliwie są bohaterowie. Nie do polubienia – w zasadzie każdy ma coś za uszami, trochę przypominają postacie z włoskiego filmu „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Pozorują na ludzi sukcesu i tak się widzą – tymczasem zamiast sławnego pisarza, jest wieczny bajarz, który męczy się nad współczesną adaptacją Stendhala [powieści „Czerwone i czarne”], uznana dziennikarka ślęczy nad coraz głupszymi tekstami, a małżeństwo Dolanów sypie się przez obsesję żony. Zdradzają i są zdradzani, obśmiewają i są źródłem kpin, wywyższają się i pozwalają sobie wchodzić na głowę, a do tego żadne z nich nie widzi tylko czubek swojego nosa. Żadne z nich nie jest osobą, w towarzystwie której chciałoby się spędzić miło czas, nieważne, co sami myślą o sobie.
I to na dłuższą metę rzeczywiście może denerwować – ich głupota, zadufanie w sobie, przy jednoczesnym pozwalaniu na ciągłe upokarzanie. Ale jednocześnie są ciekawymi postaciami, których rozwój może i idzie standardowymi szlakami, jednak nie jest tak do końca oczywisty. W zasadzie w tym całym gronie ludzi z problemami najmniej interesującą osobą jest dziewczynka, która powinna wzbudzać najwięcej emocji. Snow, córka Finna i Taylor, chorobliwie nieśmiałe dziecko zdaniem psychologów, rzucające naokoło ponure spojrzenia i milczące przez większość czasu, oczko w głowie matki, które owinęło sobie rodzicielkę wokół palca. Choć niewiele czytelnicy dowiadują się o tej dziesięciolatce – oprócz tego, że jest „bystra i niezrozumiana” – to jej losów można być pewnym od samego początku. A ta świadomość sprawia, że i powieść traci trochę w finale.
„Siracusa” jest pretekstem do zabrania czytelników do słonecznych Włoch, choć równie dobrze akcja mogłaby się rozgrywać w każdym innym miejscu. Może denerwować swoją przewidywalnością oraz bohaterami, ale jeśli dać jej szanse i przyjąć ją ze wszystkimi wadami, to okazuje się całkiem fajną, miłą pozycją na wakacyjną lekturę.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?