
REKLAMA
Tak to już jest, że coraz więcej sportowców decyduje się po zakończeniu kariery – bądź jeszcze w jej trakcie – na napisanie własnej autobiografii, wspomnień czy też po prostu zbioru własnych doświadczeń z pracy. Książki te bywają lepsze i gorsze, z pewnością jednak głównie są gratką dla fanów.
Tak jest także ze wspomnieniami, spisaną autobiografią Agnieszki Rylik, mistrzynią Polski, Europy i świata w boksie. Kobieta w 2005 roku z powodu kontuzji zakończyła karierę, od tego czasu pracuje w telewizji [jest dziennikarką porannego programu w TVN, gdzie prowadzi własny cykl sportowy], od czasu do czasu biorąc udział w kolejnych programach telewizyjnych [m.in. „Agent – Gwiazdy” czy „Taniec z gwiazdami”].
Zanim jednak kontuzja zakończyła jej karierę sportową i zwróciła ją w stronę dziennikarstwa, była jedną z najlepszych bokserek. Zaczynała jako siedemnastolatka, trenując kick-boxing [została dwukrotną mistrzynią Polski, trzykrotną Europy i czterokrotną świata w tej dyscyplinie], by później przejść do boksu. Jej kariera to w zasadzie same wygrane, pasmo sukcesów z jedną, jedyną przegraną.
Czy zatem jej historia klasyfikowała się na opisanie w książce? I tak i nie. Tak - bo wszak fani chętnie czytają o swoich idolach, a biografia Rylik, która może do najciekawszych i najbardziej interesujących nie należy, w rękach odpowiednio uzdolnionego redaktora i/lub ghostwritera mogła wyjść całkiem nieźle. Nie – bo redakcja „Nokautu. Historii bokserki” kuleje i przegrywa na wielu polach.
Przede wszystkim zawodzi Wojciech Zawioła, którego zadaniem było wysłuchanie i spisanie historii Rylik. I który tylko to zrobił. Książce brak jakiejkolwiek ręki, czytelnik czyta po prostu długi monolog Agnieszki Rylik, która skacze z tematu na temat [bez większego związku pomiędzy], czuć na każdym kroku, że Zawioła [ani redaktor] nie poprowadził byłej bokserki, nie wskazał jej drogi czy choćby naprowadził na jakiś temat.
Przez to książka jest przeraźliwie nudna. Poszczególne akapity nie mają ze sobą zbytniego związku, niektóre historie przywołane są bez sensu, a do tego co jakiś czas powracają jak w zegarku te same zdania, powtarzane z cierpliwością katarynki. Efekt pogłębia wewnętrzny chaos – tu Rylik wspomina jedną opowieść, by przejść nagle do drugiej, niektóre wątki otrzymują zakończenie dopiero kilkadziesiąt stron później, a większość anegdotek zostaje sprowadzona do krótkiej, jednozdaniowej opowieści [typu: spotkałam Stallone’a, gdy byłam komentatorką jednych z zawodów. Zrobiłam sobie z nim zdjęcie. Koniec].
Gorzej jest, gdy z opowieści o Rylik „Nokaut. Historia bokserki” przechodzi w opinie Rylik na tematy wszelakie. Także enigmatyczne, komentarze podane w kolejności losowej, bez większego związku czy jakiejkolwiek konkluzji, co bardzo szybko zaczyna męczyć.
„Nokaut. Historia bokserki” to książka dla wytrwałych. Fanom Agnieszki Rylik pewnie spodoba się ta pozycja, jednak dla większości czytelników będzie, niestety, niestrawna.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
