Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Dżender domowy i inne historie
Hubert Klimko-Dobrzaniecki Dżender domowy i inne historie Wydawnictwo Noir sur Blanc

Są rzeczy na ziemi i w niebie, o których mi się nawet nie śniło, ale są, stają się, więc trzeba tak jechać tym statkiem kosmicznym, żeby jakoś dojechać.

REKLAMA
Te słowa włożył w usta Hubert Klimko-Dobrzaniecki w usta bohatera jednego ze swoich opowiadań. Słowa te miały usprawiedliwić prośbę o rozwiązanie umowy o pracę. Oskarżony o czyn, którego się nie dopuścił i zagrożony samosądem mężczyzna nie znalazł innego rozwiązania, jak tylko zniknąć. Słowa bowiem są potęgą, raz wypuszczone w świat żyją własnym życiem i pozostają na długo w naszej świadomości. Dlaczego o tym piszę? Prawda ta jako żywo pasuje do prozy Dobrzanieckiego, pisarza, który jest godnym następcą tuzów polskiej literatury.
Dobór i kolejność opowiadań przypomina zalecenie Hitchcocka – trzeba zacząć od trzęsienia ziemi a potem stopniowo budować napięcie. Już w pierwszym opowiadaniu stajemy przed problemem osamotnienia i przeżywania fobii z dzieciństwa. Śmierć matki, transport trumny i parodia stypy, jaką wzięty scenarzysta spędza w towarzystwie swoich trzech żon prowadzi do nieoczekiwanego zakończenia. Cwany student dorabiający sobie handlując zarówno w Berlinie Zachodnim jak i Związku Radzieckim w nietuzinkowy sposób przeżywa wieczór, w którym upadł mur berliński. I wreszcie Dżender domowy, z którego dowiadujemy się, że rozwód to nie kiła, a dwa rozwody to nie AIDS, pod warunkiem oczywiście, że płaci się alimenty na czas. Życie zaś może być komedią lub tragedią, w zależności od tego, jak się na nie patrzy.
I z tego ostatniego zdania czerpmy brakujące nuty optymizmu.

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?