
T a książka kryje w sobie skarb. Skarb, który docenić może jedynie rodzina państwa Kowalskich. Trzydzieści trzy ilustrowane listy z okupowanego Poznania. Przypadkowy czytelnik być może potraktowałby je z lekceważeniem, ale niesłusznie, bo listy te stanowią jedyną w swoim rodzaju pamiątkę po trudnych dla całej Wielkopolski czasach.
REKLAMA
Kto nie zna choć trochę historii okupowanego Poznania, nie zrozumie w jak trudnej sytuacji znalazła się rodzina Kowalskich i im podobne. II wojny światowej w Wielkopolsce nie można porównać z wojennymi latami żadnej części Polski. To właśnie tu od początku wojny Polacy traktowani byli przez okupanta jako obywatele ostatniej kategorii, to tu od pierwszego dnia ludność polską poddawano systematycznemu terrorowi . Właściwie jedynym „przywilejem” Polaków, którzy nie zostali wyrzuceni ze swoich domów i mogli pozostać w Wielkopolsce, była praca dla dobra Wielkiej Rzeszy. Praca ta miała zajmować całe dnie, nie pozostawiając czasu na życie rodzinne. W takich warunkach opieka nad dziećmi i ich wychowanie były niezwykle trudne.
Antoni Kowalski, autor rysunkowych listów stanął właśnie przed takim wyzwaniem. Ponieważ zarówno on, inżynier w zakładach Cegielskiego, jak i jego żona – dentystka, pracowali, nie mogli objąć należytą opieką kilkuletniego syna, Jurka. Rozwiązaniem stało się wysłanie dziecka do rodziny na wsi. Możemy jedynie podejrzewać (bo w książce nie ma o tym mowy), iż nie tylko względy praktyczne zmusiły rodziców małego Jurka do takiego kroku. Pamiętamy wszyscy o zbrodniczych praktykach Lebensbornu, o odbieraniu dzieci polskim rodzinom i zniemczaniu ich w niemieckich domach. Niewykluczone, iż pan Antoni chciał swego syna uchronić również i przed tym.
Takie odłączenie dziecka od rodziców może jednak zerwać więzi emocjonalne. Im dziecko jest mniejsze, tym więzi bardziej kruche. Dziecko szybko się przyzwyczaja do nowych opiekunów, z czasem zaczyna się z nimi identyfikować, zapomina o rodzicach, jeżeli długo nie ma z nimi kontaktu. Pan Antoni zapewne to rozumiał, dlatego starał się jak najczęściej odwiedzać swego syna, a przy okazji zaopatrywać się w niedostępne dla Polaków w Poznaniu artykuły spożywcze. Oczywiście wizyty takie nie mogły być częste. Wiązały się one z koniecznością uzyskania przepustki ( polski pół- niewolnik nie mógł jeździć sobie po Wielkopolsce; musiał uzyskiwać każdorazowo zgodę), były bardzo męczące, wymagały dobrej organizacji i samozaparcia. Czasami wizyty musiały być zastępowane przez listy. Nie były to jednak zwykłe listy, lecz listy ilustrowane. Mały synek nie umiał czytać, mógł jednak oglądać obrazki, poznając dzięki nim świat albo przypominając sobie dawne spacery i zabawy z ojcem. Te obrazki z umiejętnie opisanymi historiami zastąpić mogły bajki czytane na dobranoc, niekiedy stanowiły zapowiedź wykonania wspólnych prac, a niekiedy zawierały zwykłe historie dnia codziennego. Teraz - są najmilszą pamiątką dorosłego już Jerzego Kowalskiego.
I w samej książce tylko tytuł razić może…
Antoni Kowalski, autor rysunkowych listów stanął właśnie przed takim wyzwaniem. Ponieważ zarówno on, inżynier w zakładach Cegielskiego, jak i jego żona – dentystka, pracowali, nie mogli objąć należytą opieką kilkuletniego syna, Jurka. Rozwiązaniem stało się wysłanie dziecka do rodziny na wsi. Możemy jedynie podejrzewać (bo w książce nie ma o tym mowy), iż nie tylko względy praktyczne zmusiły rodziców małego Jurka do takiego kroku. Pamiętamy wszyscy o zbrodniczych praktykach Lebensbornu, o odbieraniu dzieci polskim rodzinom i zniemczaniu ich w niemieckich domach. Niewykluczone, iż pan Antoni chciał swego syna uchronić również i przed tym.
Takie odłączenie dziecka od rodziców może jednak zerwać więzi emocjonalne. Im dziecko jest mniejsze, tym więzi bardziej kruche. Dziecko szybko się przyzwyczaja do nowych opiekunów, z czasem zaczyna się z nimi identyfikować, zapomina o rodzicach, jeżeli długo nie ma z nimi kontaktu. Pan Antoni zapewne to rozumiał, dlatego starał się jak najczęściej odwiedzać swego syna, a przy okazji zaopatrywać się w niedostępne dla Polaków w Poznaniu artykuły spożywcze. Oczywiście wizyty takie nie mogły być częste. Wiązały się one z koniecznością uzyskania przepustki ( polski pół- niewolnik nie mógł jeździć sobie po Wielkopolsce; musiał uzyskiwać każdorazowo zgodę), były bardzo męczące, wymagały dobrej organizacji i samozaparcia. Czasami wizyty musiały być zastępowane przez listy. Nie były to jednak zwykłe listy, lecz listy ilustrowane. Mały synek nie umiał czytać, mógł jednak oglądać obrazki, poznając dzięki nim świat albo przypominając sobie dawne spacery i zabawy z ojcem. Te obrazki z umiejętnie opisanymi historiami zastąpić mogły bajki czytane na dobranoc, niekiedy stanowiły zapowiedź wykonania wspólnych prac, a niekiedy zawierały zwykłe historie dnia codziennego. Teraz - są najmilszą pamiątką dorosłego już Jerzego Kowalskiego.
I w samej książce tylko tytuł razić może…
