Jørn Lier Horst "Jedna jedyna"
Jørn Lier Horst "Jedna jedyna" Wyd. Smak Słowa

REKLAMA
Larvik dawno już nie doświadczyło tak upalnego lata. Wysoka temperatura sprawia, że mieszkańcy rozleniwiają się, pogrążając się w błogim nicnierobieniu, wylegają na ulice, ciesząc się z ciepła. Tę sielankę zakłóca niespodziewane zaginięcie Kasji Berg – obiecującej piłkarki ręcznej.
Śledztwo podejmuje, jak zwykle niezastąpiony, komisarz William Wisting. Zaginięcie jest priorytetową sprawą, choć nie jedyną – w spokojnym zazwyczaj miasteczku w ostatnim czasie doszło do kilku włamań, ktoś znalazł koło swojego domu świeży, pusty grób, do tego zwyczajowe bójki i drobne incydenty. Komisarz rozpoczyna dochodzenie, mając jednak przeczucie, że to zbyt dziwne, by te wszystkie sprawy były przypadkami, które należałoby rozpatrywać osobno.
„Jedna jedyna” jest czwartą odsłoną przygód Williama Wistinga, dziewiątą, jeśli liczyć według kolejności ukazywania w Polsce się książek z cyklu autorstwa Horsta. Po tylu powieściach można by się spodziewać, że nic już czytelnika nie może zaskoczyć – zwłaszcza polskiego, który już zna dość dobrze późniejsze losy rodziny Wistingów, wie, jak zakończą się wątki, które w „Jednej jedynej” dopiero są tworzone. Jednak Horstowi udało się nieco wyjść poza stworzony przez siebie schemat – przede wszystkim po raz pierwszy fabuła nie jest prowadzona dwutorowa – w żadnym aspekcie, czy to chronologicznym, czy to narracyjnym. Do tego śledztwo opisywane jest z perspektywy komisarza, zaś jego córka, Line, ani się w sprawę nie angażuje, ani też nie jest nawet równoprawną bohaterką fabularną.
To wprowadza pewien powiew świeżości do całej serii, sprawia, że zaprawieni w bojach i spotkaniach z twórczością Horsta poczują się zaskoczeni i z ciekawością spojrzą na „Jedną jedyną”. Zwłaszcza, że i sama sprawa, choć nie należy do najoryginalniejszych, dostarcza sporo rozrywki i nie jest aż tak oczywista. Tropy mnożą się, Horst niejednokrotnie zwodzi czytelnika i komisarza prowadząc go na manowce, zaś teorii, spekulacji i podejrzanych jest mnóstwo. Choć wskazówek jest sporo, to samodzielnie nie da się odkryć prawdy, bo autor zręcznie odwraca uwagę i myli czytelnika.
Do tego Horst zręcznie buduje napięcie, stopniowo zagęszcza fabułę, mieszając wątki związane ze śledztwem z życiem osobistym komisarza Wistinga. Na szczęście prywatne życie policjanta nie wybija się na pierwszy plan, nie zapycha książki, spychając jednocześnie śledztwa na dalszy plan – problemy i drobne dramaty Williama Wistinga rozgrywają się jakby z boku, niezauważalnie, w tle prowadzonej sprawy. Wątek żony Ingrid, która przebywa na misji humanitarnej, w zasadzie mógłby przejść niezauważony, a już z pewnością wywarłby dużo mniejszy efekt na czytelniku, który nie zna tej postaci z innych książek Horsta. Możliwe, że autor trochę przesadził z minimalizacją wątków niezwiązanych bezpośrednio z zagadką, bo dla dopiero zaznajamiających się z komisarzem cała ta część związana z rodziną to będzie za mało.
„Jedna jedyna” jest kolejnym, sprawnie napisanym przez Horsta kryminałem, który z pewnością umili wiosenne, ciepłe wieczory. Ciekawa zagadka, do tego fabuła prowadzona nieco w stylu dawnych, tradycyjnych kryminałów, zmieszana jednak z najnowszymi zdobyczami technologii. Horst zręcznie myli tropy i przykuwa uwagę czytelnika od pierwszych stron – słowem: czego chcieć więcej.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?