Brandon Sanderson "Zakon Rozbitej Soczewki"
Brandon Sanderson "Zakon Rozbitej Soczewki" Wyd. IUVI

REKLAMA
Alcatraza Smerdy’ego przygód ciąg dalszych. Ledwo wykaraskał się z poprzednich problemów, a już musi stawić czoła nowym – oto Mokia jest zagrożone ze strony Bibliotekarzy. Jeśli upadnie, losy Wolnego Królestwa będą przesądzone, dlatego Alcatraz bez wahania rusza na pomoc. Cóż z tego, jeśli sam nie jest w stanie wiele zdziałać…
Z pomocą soczewek, plecaka pełnego wybuchających pluszowych misiów, swojej przyjaciółki Bastylii, a także całej swojej zwariowanej rodzinki Smerdych – razem z ich nietypowymi talentami – rusza Mokii na pomoc. Przed sobą ma trudne zadanie, a sił zaś niewiele, ale za to głowę pełną pomysłów i entuzjastycznego podejścia do misji. Bo niby co może pójść nie tak, pomijając to, że za przeciwników ma gigantyczne roboty bibliotekarskie, a jego drogę po raz kolejny przecina mama?
„Zakon Rozbitej Soczewki” to czwarty tom serii „Alcatraz kontra Bibliotekarze” autorstwa Brandona Sandersona – znanego pisarza powieści z gatunku fantasy. Kolejny tom to następna okazja, by odkryć nowe krainy Wolnych Królestw – tym razem jest to Mokia, małe, ale wierne królestwo, z nieco gapowatym (ale o wielkim sercu) królem i oddanymi poddanymi. Co prawda czytelnik poznaje głownie korytarze mokiańskiego zamku, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Z pewnością jednak nie można odmówić Sandersonowi stałego rozszerzania swojego powieściowego świata – każda przygoda Alcatraza ma miejsce w innym miejscu, całość więc zaczyna powoli przypominać awanturniczą powieść drogi – co nadaje dodatkowego, fajnego odczytania całości, ciekawe więc, czy tym tropem ta seria podąży.
Co jednak póki co najbardziej się wybija, to rozwój głównego bohatera. Alcatraz Smerdy niby już powoli przechodził swoją przemianę, dorastał i dojrzewał za sprawą kolejnych przygód, ale było to czasem tak mocno schowane za ironiczną narracją, że trudno było niekiedy stwierdzić, czy to przypadkiem nie kolejna zagrywka ze strony narratora. Tym razem jednak jest to na tyle wyraźne i tak mocno podkreślane przez samego Alcatraza na każdym kroku, że trudno to przeoczyć. Młody Smerdy wreszcie zaczyna więc dostrzegać problemy, których wcześniej nie zauważał, a także bierze na siebie odpowiedzialność za swoje czyny. Powoli wyrasta na przywódcę, odpowiedzialnego, ale wciąż ze sporym dystansem do samego siebie.
Wydawać, by się mogło, że na etapie czwartego tomu Sanderson wyczerpał już wszystkie możliwości i pomysły związane z założeniem, jakie podjął na początku. Bo w końcu na ile sposobów można żartować z pomysłu samoświadomego narratora, nieustannie docinającemu swoim czytelnikom, narratora, który ciągle łamie czwartą ścianę? I to w taki sposób, by nie stało się to nudne? Najwyraźniej wiele, bowiem nastał tom czwarty, a Sanderson przychodzi z nowymi konwencjami i żartami, w obrębie jednego założenia wciąż zmienia podejścia – jest więc pewna stała, ale i ciągłe zmiany, jak uchwycić temat. Jak jeszcze można obśmiać schematy, czytelników, bohatera i samą historię. I to wszystko sprawdza się doskonale.
To sprawia, że można zacząć poważnie się zastanawiać, do kogo właściwie Sanderson kieruje swoją opowieść. Niby jest to powieść młodzieżowa spełniająca w zasadzie wszystkie założenia, ale poziom językowy, poziom stylu i cały ten ironiczny wydźwięk bijący z historii oraz narracji wskazywałby na raczej starszego (niż założone dwanaście lat plus) czytelnika. Fakt, że w sumie niewiadomo, kto jest tym właściwym czytelnikiem serii „Alcatraz kontra Bibliotekarze”, tylko potwierdza, jak wspaniałymi książkami są te kolejne tomy przygód Alcatraza. Zarówno dla młodszych, jak i dla starszych czytelników znajdzie się tutaj mnóstwo świetnej rozrywki, jest więc po co sięgać.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?