Lucian Dan Teodorovici
Inne historie miłosne
Lucian Dan Teodorovici Inne historie miłosne Wydawnictwo Amaltea

Dwaj mężczyźni upijający się w barze postanowili na ulicy poczekać, aż zmieni się ich życie, aż się zakochają, aż przyjdzie do nich miłość ich życia. Trudno jednak o wielkie uczucie w środku zimnej nocy, zwłaszcza kiedy czekający jest zblazowanym i pianym tzrydziestoparolatkiem żyjącym w przekonaniu, że jego życie jest niewiele warte.

REKLAMA
Postawmy sprawę jasno. Lucian Dan Teodorovici nie pisze historii miłosnych, więc miłośniczki powieści w stylu harlequin będą nią zawiedzione. Właściwie to ten znakomity rumuński Autor skupia się na samej tęsknocie, na nieudanej próbie szczęśliwego zakochania się, właściwego tylko szaleńcom. Tak naprawdę Teodorovici od pierwszych stron stara się dowieść, że jest to czysto literackie pojęcie, bowiem za każdym rogiem kryje się coś, co szczęście nam zakłóca. Choćby dawny narzeczony świeżo poślubionej kobiety, która przez lwią część wieczoru stara się, by jej zła sława nie została odkryta, by za chwilę spowiadać się z seksualnych przygód przed swym mężem. Wszechobecnym motywem opowiadań Teodorovici jest właśnie ta nieszczęsna sytuacja małżeństwo, które stara się dowieść samym sobie i całemu światu, że to nie ciąża zadecydowała o ich ślubie, że on ją naprawdę kocha, a nie jest tylko odpowiedzialnym ojcem, że ona wcale nie chciała złapać go na ojcostwo. Jest jeszcze zazdrość, niszczycielska bakteria, która potrafi zniszczyć wszystko.
A co jeśli miłość znaczy coś zupełnie innego? Choćby jak w opowiadaniu o emerytowanym ubeku, który wprawdzie uczynił wiele zła dla masy ludzi, ale odmienił życie jednej kobiety. oczywiście w żaden sposób nie zmienił ten uczynek całego świata, faktem jednak jest, że cały świat zmienił się dla tej jednej kobiety, dawnej więźniarki politycznej, która straciła pamięć. Być może ten wirus zazdrości może być katalizatorem czegoś pięknego. Wszak mężczyzna, który wątpił w ojcostwo swego dziecka, płakał z tęsknoty i bólu, gdy dowiedział się, iż jest on rzeczywiście ojcem. Przewrotne to, powiecie i zapewne będziecie mieli rację. Ale czyż nie jest prawdą, iż kobieta została uprzywilejowana przez naturę, dzięki tym dziewięciu miesiącom, w których zdolność do matczynej miłości otrzymuje, podczas gdy mężczyzna musi się jej uczyć? Czy jesteśmy w stanie odmówić ojcu, który potrzebował naukowego dowodu, prawa do łez tęsknoty za dzieckiem i łez żalu, iż był tak głupi? Wreszcie czym właściwie jest ta miłość, jeśli nie wiedzą tego kochankowie, zrywający ze sobą w hotelowym pokoju? Czy faktycznie człowiek musi wciąż za nią tęsknić?
I nie mówcie, że wszystko zależy od naszego nastawienia, wszak finałowa scena Żywotu Briana przeczy tej tezie.

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?