
Drugi tom Dzienników Wiktora Woroszylskiego. Autor przeszedł drogę od młodzieńczej fascynacji komunizmem do głębokiej krytyki ustroju, a jego zaangażowanie w działalność opozycyjną zaowocowało internowaniem. Dziś zupełnie nieznany młodemu pokoleniu, dalej nas, nieco starszych, zaskakuje trafnością ocen tamtych czasów.
REKLAMA
Wikipedia powściągliwie wyraża się o Woroszylskim. Żbyś więc młody czytelniku dowiedział się czegoś o Autorze, powinieneś zajrzeć raczej do internetowej encyklopedii Solidarności. Otrzymasz tam rzeczowy biogram dotyczący opozycjonisty usuwanego z kilku redakcji „za rewizjonizm”, protestujący przeciwko zmianom w Konstytucji, wielokrotnie zatrzymywany i rewidowany. Jeszcze, jak widać, są miejsca, w których ceni się i opisuje rzeczywiste zasługi ludzkie.
1 stycznia 1983 rok. Pod tą datą znajdziemy pierwszy zapis z tego właśnie Dziennika. Nowy rok dla Autora to nie tylko okazja do świętowania w rodzinnym gronie. Już po kilku stronach znajdziemy kilkustronicowy opis działania Milicji Obywatelskiej. Rewizja i zastraszające zatrzymanie, typowy sposób represji wobec tych, którym chce się utrudnić życie. To typowe dla wszelkich reżimów, że boją się intelektualistów, zwłaszcza jeśli mają oni rację. Tym bardziej, że intelektualista spisze wypowiedziane słowa, spisze fakty i opatrzy je interpretacją. Do tego słowa i notatki mają to do siebie, że potrafią przetrwać, podobnie jak stare gazety, a reżimów nie stać na to, by stworzyć orwellowskie ministerstwo prawdy sterujące przeszłością.
Ten opis późno peerelowskiej rzeczywistości najlepiej podsumowuje zapis z 27 marca 1984 roku, zapis, od którego najlepiej zacząć lekturę. To zapis o strachu uniemożliwiającym swobodny zakup książek, wyrażania myśli i poglądów, spotkań z ludźmi i stawania w ich obronie. Obyśmy się nigdy tego nie bali.
Właśnie Woroszylski o to walczył.
