Mark Sullivan
Pod szkarłatnym niebem
Mark Sullivan Pod szkarłatnym niebem Wydawnictwo Edipresse

Pino Lella był zwykłym nastolatkiem lubiącym kino, jazz i piękne kobiety. W jego wieku normalnym jest, że piękno zwykłego życia cenione jest wyżej niż odległa wojna. Niestety, wojna upomni się o Pina i ten zwykły chłopak stanie się bohaterem.

REKLAMA
Naszego bohatera poznajemy w chwili, kiedy bezskutecznie stara się zaprosić, świeżo poznaną, uroczą kobietę na randkę. Młodzieniec tego dnia został „wystawiony do wiatru”, co czasem zdarza się nieco napalonym chłopcom i mężczyznom, ale tego dnia po raz pierwszy nasz bohater doświadczył okropieństw wojny. Zbombardowane miasto, zniszczone domy i zabici. Kolejne bombardowanie pozbawiło chłopca dachu nad głową. Trafia w góry, nad granicę, gdzie w naturalny sposób angażuje się w przemyt ludzi, którzy nie mogą czuć się bezpiecznie pod władzą faszystów. To niebezpieczne zajęcie. Chłopiec musi strzec się zarówno Niemców, jak i pseudo partyzantów, którzy wojenny czas traktują jako okazję do wzbogacenia się. Górska sielanka nie może jednak trwać dłużej, Pino może być w każdej chwili powołany do wojska, więc ojciec chłopca opracował dla niego iście diabelski plan. Chłopiec ma ochotniczo wstąpić do Organizacji Todta. Od tego momentu życie Pina znalazło się w niebezpieczeństwie.
Nie chcę streszczać samej książki, pozbawiając tym samym czytelnika przyjemności samodzielnego poznawania losów naszego bohatera, mam jednak prawo do napisania kilku refleksji na temat jego losów. Spisane przez Marka Sullivana losy Pina przypominają opowieść, jaką ten mógłby przekazać nam osobiście. Jego przygody relacjonowane są bowiem w sposób nieco nieregularny. Część opisana została w sposób dokładny, jakby właśnie te zapisały się szczególnie w jego pamięci. Pamięć ludzka bowiem płata każdemu z nas figle. Z wiekiem zapominamy szczegółów i tylko te historie, które przysporzyły nam najwięcej wrażeń, zapadają nam w pamięć. To zwiększa postrzeganie historii jako autentycznej, przez co niezwykłej. Przestajemy zauważać sposób, w jaki została napisana książka i nie razi nas to, że jej docelowym czytelnikiem miał być Amerykanin. Wgryzamy się w losy bohatera myśląc, że tylko człowiek ceniący sobie przyjemności życia zdolny jest do prawdziwej empatii i gotów jest z jej powodów narazić swoje życie. Tylko człowiek, który unika przymusu i pseudo patriotyzmu, gotów jest w decydującym momencie do prawdziwego bohaterstwa i poświęcenia. Tak, ta książka jest pochwałą tego mieszczańskiego patriotyzmu, wrażanego bez wielkich słów i bez szumnych zapowiedzi, tego prawdziwego, bo płynącego z serca.
I tylko żal nas ogarnia, że wojenna historia Pina nie kończy się wesoło. Ale przecież w życiu piękno miesza się z goryczą…