
Trudno sobie bez nich wyobrazić istnienie jakiegokolwiek domu z dwudziestolecia międzywojennego. Trafiały do domów mniej lub bardziej zamożnych. Trafiały do kupców i inteligencji, traktowane w zależności od widzimisię domowników, żyły często tak naprawdę w niewolniczych warunkach. Służące, bezimienne bohaterki polskich domów. To o nich właśnie pisze Joanna Kuciel-Frydryszak.
REKLAMA
Początek służby był właściwie taki sam. Ktoś powieział, że w wielkim mieście można dostać pracę. Państwo dadzą mieszkanie i wyżywienie, mniej lub bardziej wysokie wynagrodzenie, w zamian trzeba tylko sprzątać i gotować, poświęcić swój czas i młodość dla innych ludzi. Czasem wybierały się samodzielnie, częściej jednak wprowadzała je w środowisko znajoma, której się powiodło. U swoich pracodawców musiały nauczyć się na nowo gotowania i zrozumieć, że sprzątanie, to codzienny obowiązek, musiały też zrozumieć, że wymaga się od nich całego dnia pracy, często przez siedem dni w tygodniu. Do końca istnienia Drugiej Rzeczpospolitej nie udało się prawnie unormować ich pracy, czyniąc ją lżejszą. Wstydem dla Niepodległej było utrzymanie do końca jej istnienia prawa, na mocy którego, nie mogły samowolnie opuścić służby, a pracodawca mógł je karać fizycznie.
Potrzeba jest, jak wiemy, matką wynalazku. Tam, gdzie istnieje popyt na pracę, pojawia się pośrednik w jej załatwieniu. Wiele „rajfurek” pośredniczyło w załatwianiu zatrudnienia, w domach organizowano istne castingi, które miały wyłonić najlepszą służącą. Zaczęły się pojawiać kościelne, jak i lewicowe organizacje, które miały dbać o prawa służących. A zaiste były potrzebne. Molestowanie seksualne, konieczność spania w kuchni, zamiany imienia na to, które państwu bardziej pasuje, swobodne regulowanie płacy, często symbolicznej. To wstyd dla polskiego sejmu, że nie unormował prawnie ich losu. Tym bardziej należy cenić te służące, które zżyły się z pracodawcami, traktowały ich jak rodzinę…. A szczególne uznanie należy się tym, które w czasie wojny narażane były na głód czy śmierć. Getto czy wagon w pociągu do Treblinki było nagrodą za człowieczeństwo.
Joanna Kuciel-Frydryszak uchyliła dla nas drzwi od pańskich domów, pokazując los służby. Ta dobra, rzetelna praca oparta została na relacjach i wspomnieniach zainteresowanych, zarówno pracodawców, jak i samych służących, choć tych ostatnich było mniej. Korzystała też z doniesień prasowych i protokołów sejmowych, w których zapisany został grzech zaniechania polskiego sejmu w braku skodyfikowania pracy setek bezimiennych służących. Zaiste, lektura cenna, zwłaszcza dla tych, którzy tak ostatnio gloryfikują okres Dwudziestolecia.
Powinni poczytać o realiach ówczesnego życia.
