Marek M. Meissner
Czas straceńców
Żołnierza OT i oficera opowieść o wojnie polsko - rosyjskiej
Marek M. Meissner Czas straceńców Żołnierza OT i oficera opowieść o wojnie polsko - rosyjskiej Wydawnictwo Arbitor

Amerykańska baza w Rammstein. To tu dochodzą do siebie po wojennej traumie weterani obrony wschodnich drzwi Europy Zachodniej. Pozostawieni sami sobie, kiepsko uzbrojeni i wyszkoleni, dowodzeni przez marnych oficerów wykonują stawiane przed sobą zadanie bez ideologicznego i hurrapatriotycznego zadęcia. Tak trzeba, więc stawali do walki oni i ci, którym odmawiano prawa do miłowania ojczyzny. Walczyli, obserwując jak ci, którzy przypisywali sobie wszystkie patriotyczne cechy, umykali z placu boju okrywając się wieczną hańbą dezercji.

REKLAMA
Oczywiście to nie jest prawdziwa historia. To się jeszcze nie wydarzyło. Jeszcze chluba dawnego Ministra Obrony Narodowej nie dowiodła swej zdolności bojowej. Na szczęście jeszcze nikt nie przekroczył linii Bugu i jeszcze rosyjskie czołgi nie maszerowały na Warszawę. Polcy żołnierze nie byli zmuszeni do adaptowania przestarzałego, rodem z II wojny światowej, sprzętu, który przeciwstawiali nowoczesnym radzieckim czołgom. Żołnierze OT nie musieli stawać do samobójczej walki z oddziałami Specnazu i jeszcze rząd polski nie umknął poza granice kraju. To się jeszcze nie zdarzyło, ale czy nie jest nieprawdopodobne?
Lektura książki Meissnera nie należała do zbyt przyjemnych i to z kilku powodów. Przede wszystkim napisana została w konwencji relacji weteranów wojennych, ludzi, którzy stanęli oko w oko ze śmiercią, doświadczając wszystkiego, czego może doświadczyć żołnierz na froncie. Oczywiście śmierć wpisana jest w fach żołnierza, jednak żołnierzy przeraża zbyt szczodre szafowanie ich życiem i śmiercią. Dobrze wyszkolony żołnierz nie jest armatnim mięsem, dobrze wyszkolony żołnierz powinien zostać wyposażony w najlepszy sprzęt, bowiem nie jest jego zadaniem zginąć na wojnie, tylko wygrać ją i zachować życie. Przyjęło się jednak, szczególnie u nas, że dobry żołnierz to taki, który zginął. I mnożymy od lat dziesiątki i setki martwych bohaterów, stosując zasadę, że każdy, kto stracił życie jest bohaterem. Nasi rządzący chyba wyznają właśnie tę zasadę, bo robią wszystko, by nie dopuścić do wyposażenia naszej armii w potrzebne jej uzbrojenie. Pomijam już brak śmigłowców, zastanawiająca jest jednak ta niechęć do wyposażanie żołnierzy w nowoczesne hełmy, jakby ich życie nie zasługiwało na odpowiednią ochronę. Należy zadać sobie pytanie na czym jeszcze nasze państwo oszczędza i z jakich to powodów promowane jest weekendowe wojsko, które może być, co najwyżej użyte, jako formacje pomocniczo partyzanckie i to kosztem jednostek, które naprawdę mogą wykonać zadanie postawione nowoczesnemu żołnierzowi. Te co najmniej dziwne posunięcia cywilnego zwierzchnictwa MON-u zmuszają do refleksji nad opisaną fikcja literacką, nad jej prawdopodobieństwem i przyszłością Polski. I dlatego warto przeczytać tę książkę.
Choćby po to, by nie być zaskoczonym w przyszłości.