
REKLAMA
Lata 50. XX wieku, Gibeah, jamajska prowincja, gdzieś na samym krańcu świata. W maleńkim miasteczku zaczynają dziać się rzeczy oburzające społeczność – oto pastor Blight, ostoja i moralne oparcie, popada w alkoholizm, szybko staczając się na dno. Ale gdy wierni zaczynają się odwracać od Kościoła, przybywa on – Apostoł York.
Nieznajomy mężczyzna przekonuje do siebie miejscową społeczność, zdobywając ich zaufanie. Jest przekonujący, magnetyzujący, do tego od razu zaczyna zaprowadzać na miejscu porządek – wyrzucając z kościoła pastora, który odtąd tułać się będzie po okolicy. Tylko czy aby na pewno przybyły Apostoł zwiastuje odkupienie miasteczka?
Początkowo „Diabła Urubu” czyta się jak przypowieść, jednak w miarę upływu stron widać, że w zasadzie cała historia jest mieszaniną gatunków. Możliwe, że sztafażem mogła być przypowieść, jednak James wypełnia całość horrorem połączonym z groteską, magią i miejscowymi wierzeniami zestawionymi z biblijną otoczką, raz uderza w tony podniosłe, by zaraz później dać przemówić głosowi pełnym plugastwa. Całość tworzy więc gatunkowy i stylistyczny misz-masz.
Misz-masz, który jest w pełni uzasadniony, jeśli spojrzy się na historię, którą „Diabeł Urubu” opowiada. Narracja jest bowiem podzielona między szereg bohaterów i każdy z nich posługuje się innym językiem – czasem skrajnie różnym. Prócz różnorodności wśród narratorów, kolejne fragmenty książki różnią się od siebie – część jest prowadzona jest tradycją narracją, część przypomina pospiesznie zdawaną komuś relację, część zaś sceny wzięte prosto z Biblii. Tworzy to skomplikowaną mieszankę, gdzie trudno połączyć poszczególne wydarzenia, ale ostatecznie łączy się w jedno.
Marlon James świetnie operuje symboliką, często wykorzystując ją, by zwieść czytelnika. Pełno w „Diable Urubu” odniesień do Biblii, do tego silna jest kolorystyka (biel skontrastowana z czerwienią zmieszaną z czernią), zaś większości scen towarzyszy ptactwo – tytułowe urubu i gołębie. Wszystko powiązane jest ze zdarzeniami rozgrywającymi się w miasteczku, z dwójką przeciwnych sobie bohaterów – z Apostołem i pastorem. Obaj są swoimi przeciwieństwami, co widać nie tylko w ich charakterze, ale i w symbolice, co James ciągle podkreśla.
Wszystko to służy opowieści o religijnym fanatyzmie i grzechach ludzkich. W miarę rozwoju zdarzeń, pogłębiają się fanatyczne wizje, co odzwierciedla też narracja – coraz bardziej rozczłonkowana, wypełniająca się coraz bardziej magicznymi i mistycznymi odniesieniami. Podobnie grzechy – kumulują się i nawarstwiają, z każdą odsłoną ukazując swoje coraz to mroczniejsze aspekty. James podkreśla to mocniej językiem – pełnym plugastw, złorzeczeń, dobitnych stwierdzeń, oszczędzając sobie jakiegokolwiek krygowania się czy uciekania do półsłówek.
„Diabeł Urubu” jest wielopoziomowy, wielowątkowy i wielogatunkowy. Przy takim ogromie zdarzeń, bohaterów i stylistyk bardzo łatwo było coś pokręcić i zniszczyć ten misterny domek z kart. Marlon James podołał swojemu zadaniu, tworząc coś co jest interesujące i skomplikowane, choć z pewnością może odrzucić niektórych czytelników. Warte jest jednak próby przy jednoczesnym zaufaniu autorowi – on wie, co robi, mimo że momentami całość przypomina chaos.
„Diabeł Urubu” jest debiutem. Debiutem niekoniecznie wybitnym, ale przemawiającym do wyobraźni. Udanym i dobitnym, przyciągającym uwagę i sprawiającym, że czytelnik na długo zapamięta sobie nazwisko Marlona Jamesa. Widać tu zaczątki tego, co w kolejnych powieściach Jamesa ewoluuje i zapewni mu taki rozgłos.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
