
Marzec 1968 roku, to właśnie wtedy, w reakcji na rozpętaną antysemicką nagonkę, Józef Hen pisze trzy przejmujące opowiadania. Ponad czterdzieści lat później ten znakomity pisarz ponownie sięga po pióro. Tym razem pisze o polskich reakcjach na Jedwabne, o tym jak radzimy sobie, bądź nie chcemy sobie poradzić ze spuścizną tej zbrodni. Tak zebrane cztery opowiadania są nadal aktualne, zwłaszcza kilka dni po sprofanowaniu wrocławskiego kirkutu.
REKLAMA
Uczyniona niegodziwość boli, ale nie tylko skrzywdzonego. Ból dotyka również sprawcę, który w pewnym momencie zacznie zdawać sobie sprawę ze swojego czynu. Na brak ludzkiej pamięci liczyć nie można, bowiem znajdzie się ten, kto będzie o tym pamiętać. A nawet jeśli pamięć ludzka zawiedzie, znajdzie się pisarz, który opisze okoliczności dokonanych krzywd na zawsze wywołując wyrzut sumienia, na zawsze wstrząsając każdym, kto o nich przeczyta. I nawet jeśli zaczniemy relatywizować poczucie winy, usprawiedliwiać je wcześniejszymi krzywdami, nawet jeśli uznamy coś za prowokację, nie będziemy w stanie przykryć faktu, że znaleźli się ci, którzy ochoczo na tę prowokację odpowiedzieli i ci, którzy pozostali obojętni na dokonywane podłości. Ten bowiem, kto zgadza się z krzywdzeniem bliźnich, staje się współsprawcą.
Zarówno o marcu 1968 roku, jak i o Jedwabnem napisano już wiele. Tematy te wywołały i wywołują ciągłą, ogólnonarodową wręcz dyskusję, w której zapomina się o najważniejszym. O odczuciach pojedynczych ofiar. Trzy pierwsze opowiadania ze zbioru, który w tym właśnie momencie leży w zasięgu mojej ręki, są osobistą odpowiedzią pisarza na marcową nagonkę. Józef Hen sam stał się jedną z jej ofiar, pamiętał atmosferę tamtych dni, pamiętał też jak wielu ludzi poczuło wówczas swój czas, czas, w którym mogli zaistnieć, rozpocząć błyskotliwe często kariery. Wystarczyło tylko poddać się woli partii, która „oczyszczała swe szeregi”, wystarczyło w czasie zakładowej masówki zaatakować konkretną osobą, czy nasmarować na drzwiach sąsiada gwiazdę Dawida. Wystarczyło uznać, że jest się lepszym od innych. Nietrudno domyśleć się odczuć ludzi, których pamięć była świeża. Obozy koncentracyjne, getta. Pamięć o nich przekazało młodszemu pokoleniu, starsze. Jeśli o tym pomyślimy, nie zaskoczy nas zakończenia opowiadania Western. Zaszczuty mężczyzna samodzielnie wykonuje żółtą opaskę z namalowanym na czarno symbolem żydowskiego narodu. Znak widoczny przerażał przechodniów przekonanych, że stare właśnie wraca. To przerażenie właściwe było niemym świadkom, ludziom, którzy nie zgadzali się z czynionym złem, ale nie mieli dość odwagi, ani charakteru, by powiedzieć nie. Czy jednak tacy ludzie są niewinni? Na to pytanie odpowiada jeden z bohaterów ostatniego opowiadania, ksiądz i świadek pogromu sprzed lat. Właśnie on kilkadziesiąt lat po tamtych wydarzeniach wyznał grzech zaniechania, uznał, że nie sprawdził się jako kapłan, jako duchowy przywódca całej wspólnoty.
I w ten właśnie sposób Hen po raz kolejny pozbawił czytelnika spokoju. Uczynił to w sobie właściwy sposób, zupełnie niepostrzeżenie pozbawił czytelnika spokoju, niejako przepraszając, że to czyni. Ale podłość, niegodziwość i zbrodnia nie mogą być zapomniane, choćby po to, by się nigdy nie powtórzyły.
