
Cały ogrom zbrodni hitlerowskich z czasów wojny, powoduje, że zagłada Romów i Sinti zniknęła z naszej świadomości. Świadomość tego u ludzi obdarzonych empatią musi wywołać poczucie wstydu. Dobrze, że ktoś zdecydował się na przypomnienie tej zbrodni, dobrze, że przypomniał osobę bohaterskiej Helen Hannemann. Oto Mario Escobar i jego Kołysanka z Auschwitz.
REKLAMA
Helen Hannemann. Tę osobę zapamiętało wielu więźniów podobozu Birkenau. To właśnie ona, wyznaczona pzez władze obozowe, prowadziła w obozie cygańskim przedszkole dla romskich dzieci. To ona podjęła heroiczną walkę o zapewnienie swoim dzieciom odrobiny normalności w samym środku piekła. Reszcie to ona zadecydowała, że pozostanie ze swoimi dziećmi do samego końca, aż do komory gazowej. Cóż niezwykłego było w tej kobiecie? Wszak wiele kobiet w tych trudnych czasach decydowało się na ochronę swych niearyjskich małżonków. Na początku 1943 roku kilka tysięcy kobiet wyszło na ulice i protestowało przeciwko uwięzieniu swoich żydowskich mężów, pozostałe do końca wojny znosiły obelgi i zniewagi chroniąc swoich najbliższych. Postawa Helen Hannemann nie była więc niczym nadzwyczajnym, choć też nie była popularna wśród niemieckich kobiet. Cóż więc takiego się stało, że dziś musimy przypominać o jej osobie? Na to pytanie chyba nie znajdziemy dobrej odpowiedzi.
Wróćmy jednak do samej książki. Naszą bohaterkę poznajemy w dniu, kiedy jej rodzina ma zostać wywieziona do Auschwitz. Zaledwie miesiąc wcześniej Himmler zadecydował o odizolowaniu, a co za tym idzie o wymordowaniu wszystkich Cyganów. W obozie chce zapewnić odrobinę normalności dla swoich dzieci. Szansę na powodzenie zaprzepaszcza jeden rozkaz prosto z Berlina. Helen odrzuca kuszącą propozycję zwolnienia z obozu i pozostaje ze swoimi dziećmi. Historia wzruszająca, chwytająca za serce, tym mocniej, że jest prawdziwa. Lecz ta ważna książka ma jedną podstawową wadę. Cała historia została opisana językiem zrozumiałym raczej dla czytelnika hiszpańskiego, który nie zwróci uwagi na wiele nieścisłości i swobodnego potraktowania realiów tamtych tragicznych lat. Język książki przypomina niestety ten, którym opisano niedawno historię Lale Sokołowa, co oznacza, że zepsuta została, choć może nie w tym samym stopniu, wspaniała, tragiczna historia, a zastosowana konwencja dziennika, który miała pisać w obozie nasza bohaterka, a który po latach czyta jeden z jej oprawców, powoduje, iż cała historia wydaje się nieprawdziwa.
A to jest największy zarzut, jaki stawiam Mario Escobarowi.
