
REKLAMA
Skalscy to rodzina jak z obrazka – cichy, spokojny dom, kochająca żona, oddany mąż, którego oczkiem w głowie jest dwójka pociech. Idylla ta zostaje nagle przerwana, gdy w domu policja znajduje brutalnie zamordowaną matkę i dzieci. Jedynym podejrzanym zostaje ojciec, który natychmiast przyznaje się do winy.
Sprawy, jakżeby inaczej, podejmuje się Joanna Chyłka, która chyba lubuje się w niemożliwych do wygrania procesach. Roboty nie ułatwia szybko postępująca choroba prawniczki, a także sama Chyłka, która nie mając nic do stracenia, idzie po trupach do celu, niczym huragan niszcząc wszystko po drodze.
Tak już to zaznaczałam przy poprzednim tomie – książki Mroza zamysłem budowy fabuły przypominają filmy z serii Mission Impossible. Autor wychodzi od skomplikowanego zamysłu, który sam w sobie już brzmi trudno, a potem w miarę rozwoju akcji jeszcze bardziej komplikuje życie swoim bohaterom, ale i samemu sobie. Czytelnikom nie powinno robić to różnicę, bo otrzymują ciekawszą historię – a przynajmniej otrzymuje ją póki Mróz nie przekroczył granicy, gdy kolejne plot twisty zaczynają nudzić – tak więc można się jedynie cieszyć.
Tę strukturę niczym filmów Mission Impossible najlepiej chyba widać w serii z Joanną Chyłką. Zresztą sama główna bohaterka postrzega się chyba jako Ethana Hunta w wersji prawniczej, trudno inaczej wyjaśnić dobór spraw, jakie prowadzi – każda kolejna wygląda na coraz trudniejszą i gorszą do wybronienia, a jednak za każdym razem wygrywa, tak jak agent IMF. I jasne, niby Chyłka doskonale zna logiczne powody, dla których powinna bronić tych trudnych spraw (znajomość nieujawnionych jeszcze faktów), to i tak nie można oprzeć się wrażeniu, że Chyłka z nudów odgrywa rolę rodzimego Ethana Hunta.
O ile więc postać Chyłki jeszcze nie denerwuje (by pozostać w tym stanie, czytelnik musi przekonać sam siebie, że prawniczka jest już karykaturą samej siebie bądź Ethanem Huntem z ery, gdy autorzy mieli do niego mniejszy dystans), o tyle coraz uciążliwsze są nawiązania do popkultury, których używa Mróz. Jasne, po lekturze jego poradnika dla pisarzy wiadomo, że Mróz rzeczywiście zna cytowane dzieła popkultury, rzeczywiście jest ich fanem, ale zdecydowanie nie potrafi tego wpleść naturalnie do narracji. I o ile wcześniej brzmiało to sztucznie i niezręcznie, jakby autor chciał na siłę mrugnąć okiem do czytelnika, o tyle coraz częściej dochodzi do tego frustracja – zupełnie jakby Mróz nie potrafił powstrzymać się przed rzuceniem choćby jednego nawiązania do popkultury na rozmowę. Tym samym same nawiązania mijają się z celem – całość brzmi sztucznie, jedynie denerwują czytelników, w żadnej mierze nie sprawia to, by bohaterowie byli bliżsi czytelnikowi.
„Umorzenie” nie jest ani lepsze, ani gorsze od poprzednich tomów, z pewnością jednak bardziej irytujące. Możliwe, że formuła powoli się wyczerpuje, może to kwestia „przefajnienia” Chyłki i jej umiejętności wyciągania królików z kapelusza, możliwe też, że to problem zakończenia i tego, że Mróz w końcu zadał cios swoim fanom. Jako że nie jestem jakąś szczególną fanką tej serii (choć miło się to czyta), osobiście mam nadzieję, że Mróz pociągnie sprawę dalej i nie cofnie się, pojawiając się z jakimś twistem. Jak sam autor sugeruje, dziesiąty tom powinien być czymś specjalnym, pozostaje więc tylko czekać na to, co też autor wymyśli.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
