Richard Flanagan "Pierwsza osoba"
Richard Flanagan "Pierwsza osoba" Wyd. Literackie

REKLAMA
„Tego też można było nauczyć się od Heidla: jak łatwo jest pamiętać, a jak trudno określić, czy choćby w jednym wspomnieniu kryje się prawda. Jak szczerość wspomaga niezbędne ludziom kłamstwo i jak to kłamstwo im ułatwia życie.”
Kif Kehlmann, młody, początkujący pisarz otrzymuje niezwykłą ofertę – w sześć tygodni ma napisać autobiografię Siegfrieda Heidla – oszusta, złodzieja o niejasnych powiązaniach z CIA i NASA. Kif ma większe ambicje niż bycie ghostwriterem, ale wydatki w domu i obietnica wysokiego honorarium zaważają na decyzji, której rychło zaczyna żałować.
Heidl nie współpracuje, opowiadając o rzeczach nieistotnych, zmieniając co chwila swoje wersje i zaprzeczając wcześniej przekazanym historiom. Sfrustrowany Kif zaczyna się zastanawiać, dlaczego oszustowi w ogóle zwrócił się do niego z propozycją napisania tej książki. Czemu osoba, o której życiu nikt nic nie wie, miałaby nagle otworzyć się – i to tuż przed procesem? A jeśli nawet widziałaby w tym cel, po co zwracać się do autora szerzej nieznanego, który na koncie ma książkę o tasmańskim modernizmie? Jak rolę ma w tym – być może kolejnym przekręcie – odegrać Kif?
W swojej najnowszej powieści Flanagan niejako oplata klamrą całą swoją karierę pisarską. „Pierwsza osoba” jest pewną wariacją doświadczeń pisarskich powstałą w wyniku przeżyć własnych Flanagana. Autor sam zmierzył się z zadaniem podobnym do tego, jakie rzucił swojemu bohaterowi – miał napisać wspomnienia wielkiego oszusta finansowego. Praca była ciężka, współpracownik niechętny do pomocy nie ujawniwszy zbyt wiele, popełnił samobójstwo w trakcie spisywania wspomnień i Flanagan został z niczym. Nie wiedząc, o czym miałby pisać, wymyślił więc całą historię. Sama książka może szału nie zrobiła, ale uznano same wspomnienia za fascynujące, ciekawe więc, co powiedziano by na fakt, że w zasadzie całość to wytwór wyobraźni ghostwritera.
Łatwo zrozumieć frustracje Kifa. Praca nie jest szczytem jego marzeń, Heidl nie ułatwia sprawy i nie pozwala ani na szybkie zakończenie pisania, ani nawet na rozpoczęcie roboty. Współpraca zdaje się kuriozalna, Kif na zmianę pisze i kasuje te niejasne wypowiedzi, na karku czując oddech swojego przełożonego, czekającego na bestseller. Świetnie zresztą została zarysowana relacja między Kifem i Heiglem – dobrze obserwuje się ich dynamikę, uprawianą przez nich obu grę i powoli zawiązującą się więź (czy zdrową to już inna kwestia).
Jak zwykle proza Flanagana przykuwa uwagę czytelnika. Jest coś magnetycznego w sposobie pisania autora, że nieważne o czym pisze, w jakie tony uderza, zawsze potrafi oczarować odbiorcę i go zachwycić. To zresztą niezwykła umiejętność, że nieważne jaką historię opowiada i w jaki gatunek celuje, w zasadzie za każdym razem pisze zarazem tak samo, jak i zupełnie inaczej. „Pierwsza osoba” zbliża się do powieści sensacyjnej, jednocześnie zaś nie odbiega za bardzo od pozostałych tytułów Flanagana.
Flanagan jak zwykle nie zawodzi. „Pierwsza osoba” zaskakuje przewrotną historią, wielowymiarowymi bohaterami i celnym językiem. Świetnie dopełnia bogate – pod względem fabularnym i gatunkowym - powieściowe portfolio autora. Teraz można mieć nadzieję, że Literackie pójdzie za ciosem i wyda także i jego utwory z literatury faktu.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?