
Dziesięć opowiadań o ludziach, którzy po Powstaniu Warszawskim nie opuścili stolicy, ukrywając się w jej gruzach. Portrety warszawskich Robinsonów spisane przez jednego z nich. Przejmujące, jakże prawdziwe losy ludzi, którzy każdego dnia narażeni byli na śmierć, ludzi, mieszkających w warunkach, w których zwykłe przeziębienie mogło być śmiertelne.
REKLAMA
2 października 1944 roku, zgodnie z ustaleniami warunków kapitulacji, nastąpiła wywózka ludności cywilnej ze zrujnowanej stolicy. Oznaczało to wywózkę w nieznane, w nowe miejsca, bez gwarancji bezpieczeństwa. Dla wielu było wiadome, że Niemcy nie wywiążą się ze wszystkich swoich obietnic. Około stu tysięcy Warszawiaków trafiło na przymusowe roboty, a dalszych kilkadziesiąt tysięcy do obozów koncentracyjnych. Podobnego losu obawiało się wielu ukrywających się w mieście. Niemcom nie ufali ani ukrywający się Żydzi, ani też młodzi żołnierze Armii Krajowej. Jeden z nich, kapral podchorąży z żoliborskiego zgrupowania Żmija, zaledwie dwa tygodnie wcześniej widział masakrę powstańczego szpitala na Marymoncie. Nic dziwnego, że postanowił pozostać w ruinach miasta. Po latach, kiedy dowiedział się, że nie był jedynym, postanowił spisać losy tych, którzy nie wiedząc o jego istnieniu, byli mu współtowarzyszami niedoli. W ten sposób powstała historia warszawskich Robinsonów opatrzona tytułem „Nie umieraj do jutra”.
Te dziesięć historii ma wspólny mianownik. Jest nim brak zaufania do niemieckich obietnic, obawa przed tym, co nieznane, codzienna walka o przetrwanie, o zdobycie pożywienia, wody czy opału. Praktycznie potrzeby ukrywających się zostały sprowadzone do pożywienia, wody i bezpiecznego schronienia. W warunkach zagrożenia życia rezygnuje z potrzeb wyższego rzędu. Trudno bowiem spierać się na temat Konfucjusza, grać w szachy, czy dywagować o poezji, przy pustym żołądku. A jednocześnie ci ludzie, którzy odłożyli na później część swego człowieczeństwa, stali się, na krótki czas, sercem miasta, spoiwem pomiędzy 2 października 1944 roku a 17 stycznia roku następnego. To oni udowodnili, że miasta nie da się po prosu wymazać dekretem czy kaprysem z mapy świata. bo miasto to nie ludzie, a jego mieszkańcy. Bo tak naprawdę liczy się nasza mała ojczyzna. Dom, sąsiednie ulice, dzielnica, w której mieszkamy. Liczą się znane nam budynki i ulice, pełne wspomnień, tych dobrych i tych złych. To nasza pamięć, nasze dziedzictwo. Dlatego, obojętnie jakimi motywami się kierujemy, to my jesteśmy duszą naszej małej ojczyzny.
A to do czegoś zobowiązuje.
