
REKLAMA
Dwunastoletnia Delphernia całe swoje życie spędziła w klasztorze, gdzie uczono ją i inne dziewczyny posłuszeństwa i wytwarzania złota. Teraz ma szansę opuścić mury za sprawą przybyłego Mistrza. Na zewnątrz świat jest niezwykle głośny, ale de facto to kolejne więzienie. By naprawdę być wolną Delphernia będzie musiała znaleźć swój głos.
„Odwrócone” czyta się jak baśń i chyba jako taką została pomyślaną. Melancholijnie ciągnie się ona, pełna onirycznych motywów i samej narracji przypominającej fantastyczny sen. Owa oniryczność i melancholijność sprawia jednakże, że fabuła jest rozciągnięta, a większość książki wypełniona jest symbolicznymi zdarzeniami, które nie posuwają za bardzo akcji do przodu, sprawiając, że jedynie w finale rozgrywa się jakaś akcja.
Nie jest to jednak żaden problem, bowiem ze spokojem można przyjąć, że takie było założenie debiutującej „Odwróconymi” Hayley Chewins. Autorka całość zanurza w tym oniryzmie, sprawiając że ze strony jakiegokolwiek bohatera trudno oczekiwać jakiegokolwiek przejawu energii. Nawet pewien bunt Delphernii jest niezwykle melancholijny, posępny, ociężały. Ludzie działają powoli lub nie robią nic, co przekłada się na monotonię samej książki.
„Odwrócone” wygrywają jednak liryzmem. Nie dość, że same opisy śpiewania i tworzenia złotych istot są poetyckie, to i sama poezja pojawia się w książce – jeden z bohaterów dosłownie mówi tylko lub prawie tylko nią. Do tego wszechobecna muzyka i dźwięki, które opisane są niezwykle sugestywnie. Narratorka zwraca uwagę zarówno na wszechobecną ciszę w klasztorze, na odbieranie głosu niemowlętom, jak i na ciągły hałas poza klasztorem – i ludzi, i samej przyrody.
Jest to zresztą zrozumiałe, gdy zwrócić uwagę na to, jak wielką rolę odgrywa w „Odwróconych” śpiew i sam dźwięk. To zakaz odzywania się, posłuszeństwo bycia cicho doprowadza Delphernię do buntu, to śpiew kobiet jest postrzegany jako niebezpieczny i uważany za konieczny do kontrolowania. To stąd liczne głosy autorytetów zmuszających protagonistkę do posłuszeństwa. Nie jest to zbyt głęboko ukryta metafora, z łatwością można odczytać owo odebranie śpiewu jako odebranie głosu, zaś wychowanie dziewczynek w klasztorze i wytwarzanie przez nich złota jako wychowywanie ich w posłuszeństwie i dla podporządkowania wszystkich swoich działań mężczyznom (którzy to złoto otrzymują).
Pomimo nieco zbytniego rozciągnięcia fabularnego – coś, co wymaga jedynie w przyszłości dopracowania, zwłaszcza jeśli Chewins zamierza pozostać przy swojej onirycznej narracji – czyta się „Odwrócone” przyjemnie. Widać włożone w historię serce, widać ambicje autorki, widać magię języka i opowieści. I one wynagradzają niedostatki.
„Odwrócone” zapowiadały się świetnie, jednak sama powieść nie jest przełomowa. Warto po nią sięgnąć dla języka i poetyki całości, ale niekoniecznie dla fabuły, która jest przetworzeniem tysięcy podobnych książek mówiących o rewolucji. Jednak z pewnością „Odwrócone” są ciekawym debiutem i warto przyjrzeć się samej autorce i temu, co kolejnego napisze.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
