
W wielkim mieście łatwo ukryć swe prawdziwe ja. Anonimowość ta jednak jest tylko pozorna, bowiem jak tu ukryć swe drobne grzeszki, kiedy wielkie miasto oświetla to słynne magiczne miasto.
REKLAMA
Wojciech Chmielewski znany jest nam choćby ze znakomitego Belewedera, który gryzie w rękę . Obraz miasta widziany z perspektywy małego osiedla, gdzie tyle różnych spraw nawarstwia się i spiętrza, uświadamia nam, że pokolenie czterdziesto i pięćdziesięciolatków zagubiło się w życiu, że zachłyśnięci perspektywą podboju świata, zapomnieliśmy, co faktycznie jest istotne, o co warto walczyć. Ten sam obraz naszej kochanej społeczności zawarty jest w nowym tomiku opowiadań. Magiczne światło miasta otwiera pogrzeb, zakończony wizytą w agencji towarzyskiej. Żal i smutek zamieniony w towarzyskie wyjście dwóch szkolnych kolegów, postrzegany od początku, jako przeciwstawienie się nieuchronnej śmierci każdego z nas, znajduje potwierdzenie w decyzji, jaką jeden z uczestników tej eskapady podejmie wspominając, w dalekiej Chorwacji, ten dzień. Ale nie wszystko może być początkiem czegoś nowego. Dla Wojciecha Chmielewskiego nic nie kończy się happy endem, a dla kreowanych przez niego postaci nie ma nić ani świętego, ani godnego szacunku. Jednak czytelnik nie będzie rościł sobie prawa do oceny bohaterów. Wszak sam Autor łagodnie ich potraktował. Ich wyskoki są opisywane jako coś zupełnie naturalnego, jak akceptowaną powszechnie wadę, a któż z nas nie ma wad?
Nie dokonujmy więc oceny, syćmy się doskonałą prozą, pokazującą realnych ludzi, ludzi, którzy nie zastanawiają się nad oczywistością swych codziennych wyborów. Czy bowiem zastanawiamy się nad każdym naszym krokiem lub oddechem? Bohaterowie Chmielewskiego po prostu żyją, pozostawieni przez Autora w dość trudnych sytuacjach. Skupmy się na świetnie skrojonej fabule i naprawdę pięknym, czasem nieco brutalnym, języku.
Warto.
