O autorze
Ekonomista z zawodu, a mol książkowy z wyboru.

Ganges

George Black
Ganges
Święci i grzesznicy znad boskiej rzeki
George Black
Ganges
Święci i grzesznicy znad boskiej rzeki Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Święta rzeka, czy jeden z największych ścieków świata? Czym jest dzisiaj Ganges? Czy rzeka ta jest symbolem tego, czym są dziś Indie? Na te pytania próbuje odpowiedzieć George Black.



Ma Ganga, święta rzeka. Daje i odbiera, karze za grzechy, ale pozwala ludziom na oczyszczenie w jej nurtach. Matka i obietnica zbawienia, uświęca sobą miasta zbudowane na jej brzegach. A jednocześnie jest to największy ściek, bowiem Hindusi wielbiąc Ganges, wielbią również zyski, a te nie idą w parze z ochroną środowiska. George Black otwiera nam oczy na współczesne Indie i przyznać musimy, że nie jest to miłe doświadczenie.


Postawmy sprawę jasno. Ta lektura, mimo, że zaczyna się iście bajkową scenerią, nie będzie miła. Gawęda szybko przechodzi w historyczny reportaż, dzięki któremu poznamy świat dla nas egzotyczny, nieco wyidealizowany, postrzegany do tej przez legendy o Mowglim, czy reportaże National Geographic. Poznamy Indie nieco inne, skorumpowane, podzielone kastosowo, nastawione na zysk, a raczej na wyzysk, pełne pogardy dla potrzeb tych, którzy mają gorzej, który stoją niżej w hierarchii. Ten świat, który właściwie nie porzucił kolonialnej mentalności. Świat jakże sprzeczny z religijnymi normami. Czytając o wyzysku, myślimy o całej produkcji kierowanej na rynek zachodni, zastanawiamy się nad rzeczywistą ceną noszonych przez nas ubrań, winiąc się za wyrządzane wyzyskiwanym zło. Czasem nasze wyrzuty kończą się deklaracją, by już nigdy nie kupować rzeczy wytwarzanych przez krzywdzonych ludzi. Nie zastanawiamy się jednak nad tym, czy nasze empatyczne odruchy nie obrócą się przeciw szwaczkom wytwarzającym, w jednej z nor nad Gangesem, ubrania. Czy będą miały za co przeżyć kolejne dni?


I na koniec refleksja, której Black nie chciał w nas wywołać. Czytałem tę książkę w okresie największych upałów, kiedy media pełne były informacji o spadku wód w rzekach, wysychaniu części jezior, czy braku wody w kranach i apokaliptycznej wizji o radykalnej zmianie klimatu w dość bliskiej nam czasowo perspektywie. Te wieści powinny nam uświadomić konieczność zrobienia czegoś z naszym klimatem, konieczność oszczędzania energii i wody… a jednak nie słychać by takie deklaracje padały z ust zwykłych ludzi, by głos o tym, że woda pitna stanie się za chwilę powszechnie deficytowa, wywołał powszechną troskę. I tak jak Hindusi z najniższych kast, cieszymy się z programów socjalnych, z tego, że nie musimy wymieniać pieców na bardziej ekologicznych, ze firmy bogacą się sprowadzając ogromne ilości śmieci do „utylizacji”, że wstajemy z kolan, nie postrzegając świata w dłuższej perspektywie czasowej. Zupełnie jak niepiśmienny chłop rosyjski, który na pytanie, co by zrobił, gdyby los uczynił go carem, odrzekł, że wpłaciłby z kasy państwowej pięć rubli i by uciekł gdzieś daleko.


Smutne to.