
REKLAMA
„Kiedy nadciągnie mgła, wydaje się, że reszta świata w ogóle się nie liczy. Ludzie tracą jakiekolwiek poczucie proporcji. Maleńkie incydenty sprzed wielu lat jątrzą się i zaczynają przejmować władzę nad ich życiem.”
Podczas wykopalisk prowadzonych w Whalsay kobieta odkrywa pozostawione tam ludzkie szczątki. To uruchamia lawinę zdarzeń – nie do końca jasnych zgonów i wypadków. Wezwany do śledztwa Jimmy Perez opiera się głównie na domysłach i przeczuciach, które są sprzeczne z tym, co sugerują dowody i świadkowie.
Sprawa jest osobista dla współpracownika Pereza, co jedynie komplikuje prowadzenie śledztwa. To i fakt, że na małej wyspie wszyscy się znają, a urazy chowają równie sprawnie, co rodzinne sekrety sprzed lat, sprawiają, że wyjaśnienie śmierci starszej kobiety może okazać się niemal niemożliwe.
„Czerwień kości” Ann Cleeves to trzeci tom „Kwartetu szetlandzkiego” – cyklu kryminału rozgrywającego się – jak sama nazwa wskazuje – na Szetlandach, konkretnie zaś na tych najmniejszych i najbardziej odludnych wyspach, gdzie wszyscy się znają, urazy przechodzą z pokolenia na pokolenie, a pogoda swoją ponurością zdaje się zachęcać do zbrodni. Umieszczenie przez Cleeves akcji właśnie tam było genialnym posunięciem, bo de facto za autorkę tworzyło nastrój i budowało klimat.
Co autorka z tym klimatem zrobiła to już inna sprawa, bowiem śledztwo, które Cleeves umieściła na łamach „Czerwieni kości” zalicza się do jednych z najnudniejszych. Fabuła toczy się leniwie, zanim rozkręci się na dobre, muszą paść trupy. To ten przypadek, gdy pierwszy zgon jedynie spowalnia akcję, a śledztwo toczące się wokół niego jest najnudniejszą częścią fabuły.
Jimmy Perez wraz z rozwojem serii z typowego detektywa skandynawskiego zmienia się w przeciętnego, trochę nieudolnego śledczego. Jest to spadek dość nieoczywisty, ale na przestrzeni książek zarówno ciekawy, jak i frustrujący. Ciekawy – bowiem widać jak wraz z satysfakcją w życiu osobistym przychodzi klęska w życiu zawodowym. Jasne, Perez wciąż jest wiodącym tu śledczym, więc nie można oczekiwać tu niczego innego, niż tego, że ostatecznie to on rozwiąże zagadkę. Frustrujący, bowiem sposób prowadzenia śledztwa przez Pereza sugeruje czytelnikowi, że albo rozwiązał on sprawę przez przypadek, albo to autorka zdecydowała się zataić przed odbiorcami istotne elementy zagadki.
Jakościowo „Kwartet szetlandzki” jest nierówny. O ile tło zlewa się ze sobą – wydaje się, że starsi, ekscentryczni ludzie mieszkający na odludziu to obowiązkowy element kolejnych kryminałów – o tyle fabularnie Cleeves bawi się gatunkami. Z różnym skutkiem. „Czerwień kości” zdaje się być tym nieudanym eksperymentem połączenia dramatu z kryminałem skandynawskim, gdzie kiepską zagadkę wynagradza warstwa dramatyczna.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
