
Im bardziej poznaję ludzi, tym więcej kocham zwierzęta. Chyba każdy, kto w okresie młodzieńczych buntów powtarzał to zdanie, zrozumie ptasią fascynację Jonathana Franzena.
REKLAMA
Dlaczego ptaki, a nie koty, psy czy chomiki? Wszak każdy przedstawiciel świata zwierzęcego tak samo czuje, cierpi i jest narażony na niebezpieczeństwa z tego samego, dwunożnego powodu. Czy chodzi o tę nieskrępowaną wolność, umiejętność latania, ostatni łącznik świata współczesnego z dinozaurami? Jakiekolwiek motywacje kierują Franzenem, prawda jest jedna. Ptaki są narażone na wyginięcie, a ich głównym wrogiem są ludzie. Oczywiście wrogość człowieka nie skupia się tylko na ptakach. Człowiek zagraża każdemu żywemu stworzeniu na ziemi, włączając w to samego siebie. Dodatkowo nie sposób zapobiec wielkiej tragedii, która czeka znany nam świat. Wszelkie działania spóźnione są co najmniej o dekadę. Co najmniej przez dziesięć lat nie uświadamialiśmy sobie zagrożeń, określaliśmy wszystkich, którzy bili na alarm, mianem pożytecznych idiotów, twierdziliśmy, że nie możemy sobie pozwolić na ekologię. Pogoń za zyskiem, stare przyzwyczajenia, wygoda. Powody można mnożyć, ale czy zmienia to naszą obecną sytuację?
Tak. Te eseje są groźnym memento, przestrogą dla współczesnych. Oj daremnie szukać u Franzena nuty optymizmu. Świat nasz odchodzi i już nie powróci. A jedyne, co uczynić możemy to odwlekać nieuniknione.
A to zasmuca.
