
Leżał pozornie bardzo spokojnie- nad urwistym brzegiem rzeki, w prześlicznym podkarpackim kraju, kraju, który w przedziwny sposób łączy ze sobą uroki kraju górskiego, urwistego, poszarpanego i trochę dzikiego, z wdziękiem kraju równego, polnego i łąkowego. Stał w cieniu olbrzymiej, rozłożystej topoli nadwiślańskiej, która podczas każdej burzy i każdej wichury zagrażała całości jego dachu.
REKLAMA
Tymi oto słowy Zofia Starowieyska-Morstinowa przenosi nas w czasy swego dzieciństwa, do świata, który został pogrzebany dwoma wojnami, do świata, który miał na zawsze być przedstawiany jako świat wyzysku, chciwości i narastających walk klasowych. Właśnie taki sposób przedstawiania życia polskich dworów stał się jednym z powodów, dla których Autorka spisała autobiograficzną powieść o życiu w polskim, galicyjskim dworze. Nie było zamiarem Autorki pisanie do szuflady, dla przyszłych pokoleń, które miały żyć w świecie wolnym od cenzury. Świadoma intelektualistka wiedziała, że jeśli nikt nie przeciwstawi się kłamstwu, to zagości ono w ludzkiej świadomości tak głęboko, iż lata miną zanim zostanie wykorzenione. Z tego więc względu Morstinowa zmuszona została do autocenzury, polegającej na przemilczeniu wielu faktów, które pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku nie mogły być wydrukowane w Polsce.
I tak oto powstała książka, niby fabularyzowane wspomnienia o rodzinie, gdzieniegdzie okraszone anegdotami, niby pobłażliwe spojrzenie na dzieciństwo starszej już kobiety. W rzeczywistości jednak „Dom” pełnił rolę przewodnika po tamtych czasach. Z benedyktyńską cierpliwością Morstinowa pokazywała beneficjentom awansu społecznego motywację postępowania klasy „panów”, ich codzienność, życie ludzi zwyczajnych takich, z którymi każdy mógłby się identyfikować. Biorąc więc „Dom” do ręki Czytelnik mógł cieszyć się z drobnych sukcesów dnia codziennego rodziny, martwić wraz z nimi o przyszłość, obawiać się na równi z nimi groźby deklasacji, wreszcie trzymać kciuki za sukcesy w nauce Helenki, podziwiać rozum i skromność pana Władysława, czy tez uczestniczyć w pracach społecznych pani Emilii.
Książkę wieńczy posłowie- hagiograficzne wręcz wspomnienie o Autorce nakreślone przez jej bratanka. Zawiera ono, miedzy innymi, dalsze losy Domu, tego Domu, który służy jako szkoła, skarbnica wiedzy tak ukochanej przez Ojca Autorki.
Sięgnijmy więc po „Dom”. Domorośli „Katoni” skrytykują pewnie książkę za liczne przemilczenia. Nie słuchajmy ich. Książka ta okazała się o wiele skuteczniejszym orężem w walce o pamięć, niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.
I tak oto powstała książka, niby fabularyzowane wspomnienia o rodzinie, gdzieniegdzie okraszone anegdotami, niby pobłażliwe spojrzenie na dzieciństwo starszej już kobiety. W rzeczywistości jednak „Dom” pełnił rolę przewodnika po tamtych czasach. Z benedyktyńską cierpliwością Morstinowa pokazywała beneficjentom awansu społecznego motywację postępowania klasy „panów”, ich codzienność, życie ludzi zwyczajnych takich, z którymi każdy mógłby się identyfikować. Biorąc więc „Dom” do ręki Czytelnik mógł cieszyć się z drobnych sukcesów dnia codziennego rodziny, martwić wraz z nimi o przyszłość, obawiać się na równi z nimi groźby deklasacji, wreszcie trzymać kciuki za sukcesy w nauce Helenki, podziwiać rozum i skromność pana Władysława, czy tez uczestniczyć w pracach społecznych pani Emilii.
Książkę wieńczy posłowie- hagiograficzne wręcz wspomnienie o Autorce nakreślone przez jej bratanka. Zawiera ono, miedzy innymi, dalsze losy Domu, tego Domu, który służy jako szkoła, skarbnica wiedzy tak ukochanej przez Ojca Autorki.
Sięgnijmy więc po „Dom”. Domorośli „Katoni” skrytykują pewnie książkę za liczne przemilczenia. Nie słuchajmy ich. Książka ta okazała się o wiele skuteczniejszym orężem w walce o pamięć, niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.
