
REKLAMA
W czasie kryzysu miejscowa firma budowlana upada, a za nią małomiasteczkowa społeczność i wszystkie pozory wspólnoty i człowieczeństwa. Jeden przekręt wywołuje lawinę zdarzeń, które każdy interpretuje inaczej i ma własne na ich temat zdanie.
O zdarzeniach opowiada dwudziestu jeden ludzi – budowlańcy i ich żony, rodzice i dzieci, bezrobotni i zmarli. Każdy relacjonuje inny wycinek tej historii, dopowiadając swojemu poprzednikowi czy całkowicie mu zaprzeczając. Różni ich wiele, ale łączą targane nimi emocje: rozgoryczenie, żal, wściekłość, zawiść.
„Dwadzieścia jeden uderzeń serca” opowiada historię, jakich wiele – małej społeczności dotkniętej efektami przemian, powoli rozpadającej się wraz ze zmieniającym się światem. Opowiadanie o trudach niewielkich miasteczek, o codziennym życiu zwykłych ludzi nie jest specjalnie odkrywcze. Jednak to chyba nie to zwróciło uwagę krytyków, którzy jednogłośnie zarzucili Donala Ryana workiem nagród, nazywając powieść najlepszym debiutem czy nawet książką dekady.
Siła książki Ryana tkwi w wielogłosie. Ponownie – nie jest to niezwykły zabieg, ale autor umie wykorzystać go niemal maksymalnie. Potrafi nadać każdemu z narratorów jego własny styl, własną wizję świata, które wyróżniają ich spośród innych. Każdą opowieść bohaterów można byłoby czytać jako odrębną historię (i da się, choć w kontekście całości nie bardzo ma to sens), bowiem kolejne głosy pogłębiają fabułę, dodają nowe wątki czy każą zastanowić się nad postrzeganiem danej sytuacji. Bo ile tak naprawdę wie się na pewno, a ile to tylko przetworzona narracja jakiegoś człowieka?
Wszyscy bohaterowie – począwszy od małej Millicenty, poprzez przybyłych tu do pracy obcych, na starym Franku skończywszy – są nierozerwalnie splątani ze społecznością, w której żyją. A to oznacza także ukształtowanie przez to społeczeństwo. Nieszczęścia, których doświadczają, wynikają nie tylko z bycia wykorzystywanym przez silniejszych i lepiej usytuowanych, ale także – a może przede wszystkim – z konfliktów, wychowania i nieporozumień, które ciągną się przez pokolenia. Nieszczęśliwy ojciec unieszczęśliwia swojego syna, niezrozumienie poróżnia bliskich, a inne wychowanie każe patrzeć na innych z góry. Największą tragedią jest to, że choć wszyscy tu mówią, to nikogo nie nauczono rozmowy.
To uwypuklone jest dodatkowo przez język, jakim posługuje się Donal Ryan – wszystkie opowieści łączy surowy, mniej lub bardziej dosadny, pozbawiony złudzeń język. Nikt nie używa ozdobników, a wizje, które są roztaczane są niezwykle przyziemne. Tę brutalną szczerość pogłębia jeszcze długość – debiut liczy sobie niecałe 170 stron, a więc wszystko, co okropne, rozpadające się i umierające, zostało zdecydowanie skumulowane.
„Dwadzieścia jeden uderzeń serca” jest surową i przygnębiającą opowieścią o tym, jak za sprawą drobnych zaniedbań (czy drobnych przekrętów) wielkich ludzi cierpią zwykli ludzie. A także o tym, jak niewiele trzeba, by wstrząsnąć małą społecznością i sprawić, by ludzie zrzucili maski i z satysfakcją przyglądali się upadkom innych.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
