
Młody konspirator stoi w bramie jednej z warszawskich kamienic. Czeka na oficera SS, którego ma zamiar zgładzić. Nie wykonuje rozkazu, pobudki jego działania są zgoła inne. Oczekiwanie skraca mu obserwacja pływających w kałuży niedopałków papierosów.
REKLAMA
Druga scena książki Janusza Majewskiego jest iście filmowa. Drobny szczególik, na który nikt tak naprawdę nie zwraca uwagi, urasta do rangi symbolu. Arystokratyczny wręcz niedopałek towarzyszy zwykłym, pływającym w kałuży petom. Podobnie jest życiu, gdzieś tam tak zwana elita styka się ze zwykłymi ludźmi, a to ich przypadkowe zetknięcie nie tylko nie robi na nikim wrażenia, ale nawet nimb elity blaknie. I tak właśni dzieje się z bohaterami tej książki.
Wróćmy jednak do samej powieści. W Warszawie czasów okupacji dochodzi to tajemniczego morderstwa. Wszystko wskazuje na to, że motywem zbrodni jest namiętność. Kto jednak zabił? Kto jest mordercą? Na te pytania szukają odpowiedzi zarówno przedwojenny polski policjant, żołnierz polskiego podziemia i policjant niemiecki. Ten ostatni dysponuje największą władzą, a więc możliwościami prowadzenia śledztwa. I to właśnie on znajdzie prawdziwego mordercę, choć ten ukarany zostanie polską ręką. Więcej dodać nie mogę, bo odbiorę tym samym przyjemność z dociekania odpowiedzi na odwieczne pytanie : kto zabił?
Ta książka to gotowy materiał na film, podobnie jak inna książka Janusza Majewskiego. Mam oczywiście na myśli Excentyków i podobnie jak ona towarzyszy premierze filmu. Mam nadzieję, że na tym podobieństwa się nie kończą, że wychodząc z kina będę zastanawiać się, co wywarło na mnie większe wrażenie : książka czy film.
Przyznacie, że nieczęsto zadajemy sobie takie pytanie?
