
Zmiany na mapie świata, jakie nastąpiły po II wojnie światowej nie mogły ominąć kontynentu afrykańskiego. Mocarstwa kolonialne, osłabione ogólnoświatowym konfliktem, nie były w stanie zapanować nad dotychczasowymi koloniami. Przyjęło się, że przynajmniej jedno z mocarstw pozostawiło po sobie sprawną kadrę urzędniczą i podwaliny pod stworzenie nowoczesnego państwa demokratycznego. Jak jednak było naprawdę?
REKLAMA
Niepodległość, samostanowienie, własne państwo. Dla nas te słowa są czymś ważnym, wyjątkowym. Czymś, za co warto walczyć, za co warto umierać i dla czego warto żyć. Być może te zdania na początku XXI wieku brzmią nieco patetycznie, jednak żaden z nas, włączając w to piszącego te słowa, nie był na szczęście poddany egzaminowi z patriotyzmu. Dla nas, którzy żyją w trwającym kilkadziesiąt lat pokoju, patriotyzm oznacza wzmacnianie swego kraju, dbanie o to, by ojczyzna była matką dla wszystkich, by nikt nie dzielił obywateli kraju na lepszych i gorszych, nie wyrzucał ich poza nawias społeczny czy nawet granice kraju. Patriotyzm jest więc zarówno ekonomicznym jak i społecznym wzmacnianiem własnego kraju. Jednak kilkadziesiąt lat temu, na innym kontynencie, pojęcie patriotyzmu dopiero było budowane, a samostanowienie nie było czymś oczywistym. Z dnia na dzień powstały twory, które dopiero musiały uczyć się zasad nowoczesnego państwa i nowoczesnego patriotyzmu. Niestety, pojawiły się w nich silne osobowości, które ukradły marzenia o nowoczesnym, bogatym państwie. I o tym właśnie pisze Paul Kenyon.
Ta książka to historia Afryki pokazana na przykładzie kilku państw zawłaszczonych przez dyktatury. Dyktatorzy dochodzą zazwyczaj do władzy na bazie powszechnego niezadowolenia z istniejącego stanu rzeczy. W takiej sytuacji wystarczy przekonać wyborców, że ma się do zaoferowanie dobrą zmianę, lub mieć dobrze zorganizowane i wierne siły zbrojne. Dobrze jednak, nawet przy wariancie pokojowego przejęcia władzy, dysponować wiernymi oddziałami paramilitarnymi, choćby po to, by zamknąć usta opozycji, lub trzymać w szachu wyborców, którzy czasami bywają kapryśni. Dodatkowo można wykorzystywać waśnie plemienne, lub inne różnice, by skłócić ze sobą poddanych. Zasada „dziel i rządź” jest Sara jak świat i nie trzeba zbyt wielkiego intelektu, by ją pojąć. A gdy zyskuje się władzę absolutną można uczynić z całego kraju swój prywatny folwark, nie nojąc się, że dobra zmiana okazała się zmianą dojną.
Kadafi, Mugabe czy Mobutu Sese Seko. Nazwiska znane nam choćby z telewizyjnych programów informacyjnych. Ludzie, którzy ukradli Afrykę, ukradli milionom ludzi marzenia o dostatnim, szczęśliwym życiu, którzy dorobili się potężnych majątków na bazie okradania własnych narodów. Ich historie opisuje brytyjski dziennikarz wojenny i dziennikarz polityczny, uczciwie przedstawiający zarówno sojusz zachodnich koncernów z dyktatorami, jak i bierność międzynarodowych społeczności, które nie były w stanie przeciwstawić się zbrodniczym reżimom. Niestety nasz Autor nie napomyka o jednej, dość istotnej przyczynie, która ułatwiła zadanie dyktatorom. Nowe organizmy państwowe powstały w granicach dawnych kolonii, łącząc często wrogie sobie plemiona. W takich warunkach trudno budować jedność narodową, łatwiej zaś jest skłócać ludzi.
A dom skłócony łatwo jest zniszczyć.
