
Człowiek w zderzeniu z przyrodą, człowiek podejmujący nierówną walkę, w której stawce jest przetrwanie. A wszystko to opisane zostało w niepozornej książce Einara Karasona.
REKLAMA
Miała to być kolejna, rutynowa wręcz, wyprawa po karmazyna. Połowy udały się i cała załoga mogła liczyć na spory zarobek. Morze bywa jednak kapryśne, wystarczy choćby drobne załamanie pogody, aby wszystkie plany wzięły w łeb. Tym razem jednak załamanie oznaczało nawałnicę i załoga trawlera musiała podjąć walkę o życie. Tak, fabuła wydaje się prosta, niczym książki Hemingwaya. Tam też mamy do czynienia z nierówną walką, nie wiadomo czy z naturą, czy też własną słabością. Te analogie wydają się uzasadnione, choć podstawowa różnica leży w narodowości Autora. Islandczycy. Dumny naród zamieszkujący tę surową wyspę jest chyba jedyny w swoim rodzaju. Umiejętność współdziałania dla dobra ogólnego jest cechą wymuszoną wprawdzie przez naturę, ale chyba niepowtarzalną w świecie zachodniej cywilizacji. To działanie jako grupy jest chyba w książce ważniejsze niż indywidualne walki ze swoją słabością.
Oj jakże dziwny są mieszkańcy Islandii. Niewiele gadają między sobą, wszak wszystko co ważne zawierają te niezbędne słowa pomagające osiągnąć cel, ułatwiające wykonanie zadania. Podobnie sama narracja rozwija się w miarę pogarszającej się pogody, kiedy niebezpieczeństwo urosło do niewyobrażalnych rozmiarów. Rosną emocje, czytelnik zaczyna bać się w równym stopniu co bohaterowie i tak naprawdę podejmuje walkę wraz z nimi. Te niepozorne 120 stron tekstu powoduje, że czujemy nie tylko strach o losy bohaterów, ale zimno i zmęczenie. I nagle rozumiemy, że nasz strach jest irracjonalny, bo czegóż się bać, skoro nie liczy się wynik walki, ale ona sama? Wszak to ona czyni z chłopca mężczyznę, oraz ujawnia męskość tych, którzy za mężczyzn się uważają.
I wychodzimy z tej walki zdruzgotani, wykończeni i silniejsi niż przed nią. Bo właśnie tym jest walka. Tylko, że ona zmienia nas wszystkich. Bezpowrotnie.
