
REKLAMA
Wychowana przez surowych dziadków Birdie Lindberg od dziecka uciekała w świat wyobraźni. Bawiła się w detektywa, zaczytując się kolejnymi kryminałami i szukając zagadek w każdym możliwym miejscu i uznając każdego nieznajomego za podejrzanego. Birdie trzymała się reguł gry mocno, ale jeden raz się zapomniała z obcym chłopakiem.
Teraz okazuje się, że w hotelu, w którym zatrudniła się jako recepcjonistka, ma pracować z rzeczonym chłopakiem. Jej jest głupio, chłopak – Daniel – wygląda na zdecydowanie zbyt zadowolonego, jak na kogoś, kto został porzucony. I gdy wydaje jej się, że umrze ze wstydu, Daniel proponuje jej nowy start znajomości – wspólne rozwiązanie zagadki tajemniczego gościa hotelowego. Co oczywiście prowadzi bohaterów w nieoczekiwanym kierunku.
„Światło księżyca” to czwarta po polsku książka Jenn Bennett, a druga, która ukazała się nakładem wydawnictwa IUVI. Jak zwykle, czego można oczekiwać od autorki, jest miło, uroczo, z pewną dozą humoru i odpowiednio wciągającą historią miłosną poprzetykane wspólnym śledztwem dotyczącym tożsamości gościa hotelowego.
Bennett w „Świetle księżyca” tym razem zajęła się problemem dojrzewania bez rodziców, pierwszych miłości i inicjacji seksualnych. Pierwszych zawodów z nimi związanych i komplikacji, które niosą. Zarówno w przypadku Birdie i Daniela – których spotkanie staje się punktem wyjściowym dla opowieści, jak i ich mam i nieobecnych ojców. Wszystkie trzy relacje pokazują pierwsze, wielkie miłości i każda z trzech pokazuje inne rozwiązanie.
Bennett opisuje całość w sposób bezkompromisowy, ale niepozbawiony uczuć i ciepła, który sprawia, że nawet gdy porusza tematy trudne i ciężkie, robi to w miarę lekko. Czytelnik nie czuje się przygnieciony, a generalna pogoda samej narracji sprawia, że ponure tony nie pozostają na długo w „Świetle księżyca”.
Wszystkie pisane przez Jenn Bennett bohaterki są w jednym typie – ciekawych świata dziewczyn o specyficznych zainteresowaniach, które wyróżniają je z tłumu. Dziewczyn, które nie umieją odnaleźć się w towarzystwie innych ludzi, mają problemy z nawiązywaniem relacji. Taka była Bailey ze swoimi strojami vintage i namiętnym oglądaniem starych, czarno-białych filmów, taka była Zorie fascynująca się astronomią, taka jest też Birdie z zamiłowaniem do kryminałów i rozwiązywania zagadek.
Czy to tworzenie w kółko tej samej bohaterki wychodzi Bennett na szkodę? O taka powtarzalność nie przeszkadza – a to dzięki wrzucaniu jej w najróżniejsze gatunki (romans, powieść detektywistyczna, powieść przygodowa, wszystko to zawsze w otoczce odpowiedniej dla książek młodzieżowych). Zawsze jest to inna opowieść, więc te wariacje kolejnych romansów nie przeszkadzają – zwłaszcza, że ta jedna wykreowana bohaterka jest postacią interesującą i łatwo zdobywającą sympatię czytelnika.
Pewna powtarzalność wynikająca z postaci głównej bohaterki czy tropów typowych dla romansów nie przeszkadza w pełnej przyjemności lekturze. Może nie jednej książki po drugiej, ale z pewnością miło jest wracać do, w pewnym sensie, stałego świata. Nie są to powieści młodzieżowe najwyższych lotów, ale idealnie umilają wieczór.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
