Alberto Arce
Telefon obwieszcza śmierć
Zapiski korespondenta w Hondurasie
Alberto Arce Telefon obwieszcza śmierć Zapiski korespondenta w Hondurasie Wydawnictwo Sonia Draga

W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat mieszkańcy Ameryki Środkowej przeżyli dwanaście zamachów stanu, jedną rewolucję zwycięską i dwie nieudane, cztery wypowiedziane wojny, jedno ludobójstwo, jedną inwazję Stanów Zjednoczonych, osiemnaście huraganów i osiem trzęsień ziemi. Do 320 tysięcy zabitych w wojnach z lat osiemdziesiątych dochodzi 180 tysięcy ofiar morderstw. Znaczną część z nich popełniono w Hondurasie : w ciągu ostatniej dekady zamordowano tam ponad 55 tysięcy osób.

REKLAMA
Te słowa niczym obuch uderzają nas już od pierwszej strony. Wiemy już, że nie będzie to Literatura lekka, łatwa i przyjemna. Sam tytuł już sugeruje, że znajdziemy w niej wiele drastycznych scen. A nawet jeśli nie będą one drastyczne, to powinny pobudzić naszą wyobraźnię. Zastanawiamy się nad ceną ludzkiego życia i dochodzimy do wniosku, że nie jest ona zbyt wygórowana. Mniej lub bardziej wygórowane stawki haraczu są wystarczającą pokusą dla ludzi, którzy posiadają broń i nie grzeszą wyrzutami sumienia, do stosowania przemocy. Dodajmy do tego wojny karteli narkotykowych, czy przemoc stosowaną przez wojskowych czy policję, by wiedzieć, że w Hondurasie lepiej nie afiszować się posiadanymi pieniędzmi. Alberto Arce przedstawia go jako kraj, w którym trudno o perspektywę lepszego życia. Bo przecież nawet, jeśli masz odrobinę szczęścia i unikniesz wymuszeń, czy nie padniesz ofiarą wojny gangów, to przecież możesz stanąć na linii strzału znudzonego żołnierza. Jak w takim kraju wychowywać dzieci? Jaką przyszłość im zapewnić? Zaiste, trudne to pytanie. O wiele łatwiej jest rzucić wszystko i ruszyć na północ, po to lepsze życie. Bowiem ta północ jest coś Hondurasowi winna. Gdyby nie zapotrzebowanie nowojorskich ćpunów, gdyby nie popyt pónocy, to tu produkcja nie miałaby sensu.
Tak, Północ jest, przynajmniej częściowo, odpowiedzialna za problemy kraju i nawet nie jest w stanie zrobić czegoś prostego, oczywistego z punktu widzenia czysto ludzkiej empatii. Społeczeństwo, które składa się z potomków emigrantów, wyrzutków i poszukiwaczy lepszego życia, stawia mury, odgradza się, obawiając się tego, że ci nowi nie będą pasować. A przecież nawet nielegalny emigrant, człowiek pracujący na czarno, pobudza gospodarkę. Musi coś jeść, ubierać się, musi gdzieś mieszkać. Jego wynagrodzenie trafia więc na rynek. Pamiętajmy, że obecny prezydent Stanów Zjednoczonych, tak przeciwny emigrantom, sam zatrudniał przy budowie ludzi, którzy nie mieli w jego kraju, pozwolenia na pracę. Punkt widzenia zależy więc od punktu siedzenia, a populizm bywa tak samo wielki jak i chciwość.
A nam, siedzącym sobie wygodnie w fotelach, trudno wyobrazić sobie problemy, z jakimi stykać musieli we własnych ojczyznach stykać się ci obcy. Wymyślamy setki powodów, przekonując samych siebie o ich słuszności. A tak naprawdę boimy się tylko tego, że część naszego dobrobytu będziemy musieli komuś przekazać, że ten skromny tort socjalu znajdzie kolejnego beneficjenta. I siedzimy tak nie zdając sobie sprawy, że zawdzięczamy nasze życie nie zdolnościom czy sprytowi, ale niezasłużonemu niczym przywilejowi urodzenia się w dobrej szerokości geograficznej, że mamy dobry kolor skóry. A jeśli to właśnie przejdzie nam przez myśl, zaczniemy czuć się lepsi od tych obcych, zarzucimy im wszelkie podłości i brak kultury, nie zdając sobie sprawy z tego, że sama ta myśl czyni z nas zwykłych buców.