
Zemplin, płodna ziemia. Trudno chyba o większe świadectwo ironii w tej nazwie, kiedy przeczytamy zbiór reportaży Andreja Bana.
REKLAMA
To jedna z książek, które powstały z potrzeby chwili. Jej autor odkrył bowiem, że przeciętny Słowak wie lepiej, co wydarzyło się kilka tysięcy kilometrów od jego miejsca zamieszkania, niż o tym, co dzieje się na słowackiej prowincji. I niby nie ma w tym nic odkrywczego. Przecież my sami nie wiemy co tak naprawdę dzieje się na wschodzie naszego kraju, a przynajmniej nie zdajemy sobie z tego sprawy. Chyba w tym właśnie tkwi ten wielki sukces reportaży, gatunku znienawidzonego przeze mnie, ale czytanego, choćby dl poszerzenia horyzontów. Na dobrą sprawę, to nie tylko reportaż, ale i cała współczesna literatura słowacka jest dla nas czymś zupełnie obcym. Przekłady, które ukazują się w naszym kraju tylko w stopniu minimalnym przybliżają nam ten kraj. A przecież różnice językowe i nawet mentalne są tak niewielkie, że Słowak z Polakiem dogada się nawet bez alkoholowego wspomagacza.
Wróćmy jednak do samej książki, która jest efektem 30 lat pracy dziennikarskiej Autora, a jednocześnie to podróż po Zemplinie. I nie jest to tylko podróż geograficzna, przede wszystkim bowiem to podróż w czasie, ukazująca zarówno czas przeszły, jak i przemiany, które się dokonały, by wreszcie ukazać stan dla nas aktualny. Zaczynamy w czasie lektury rozumieć Słowację, która przypomina nam naszą polską rzeczywistość. Prowincja to przede wszystkim układy i układziki, które tłumią niezależną inicjatywę, na prowincji wybrani mogą liczyć na finansowy sukces, reszta zaś na klęskę. No, może poza tymi, którzy nie wykazują żadnej inicjatywy, czy też z lenistwa, czy też ze słusznego skądinąd przekonania, że tak naprawdę nic się nie zmieni. Prowincja to też oryginał, Jożo Kratochvil, który postanowił żyć tylko z tego, co da mu ziemia, jakże podobny do tych, którzy u nas rzucili wszystko i wyjechali w Bieszczady. Prawda, że to wszystko podobne jest do naszej rzeczywistości?
Bowiem doświadczenia są ponadnarodowe.
