Thomas Bernhard
Przegrany
Thomas Bernhard Przegrany Wydawnictwo Czytelnik

W finałowej scenie znakomitego Amadeusza w reżyserii Milosa Formana, główny bohater, a zarazem narrator, przejeżdżając wózkiem inwalidzkim przez korytarz wiedeńskiego szpitala dla obłąkanych, niczym papież na placu św. Piotra unosi prawicę i wypowiada słowa błogosławieństwa dla miernot swoich czasów.

REKLAMA
Właśnie o tej scenie myślałem, kiedy odłożyłem tę książkę i przyznam, że scena ta towarzyszyła mi, kiedy myślałem nad tym, co Bernhard chciał nam przekazać. Pocieszenie dla przegranych? Nie, wszak Autor jest piewcą przygnębienia, pisarzem, który o ciosach spadających na człowieka pisze jak o oczywistych chwilach życia, jakby istniał tylko ból, a sam sukces był poza zasięgiem ludzkim. A więc pochwałę porzucenia oręża? To już bliższe moim odczuciom, ale przecież na żadnej stronie nie przeczytałem wprost samego wezwania do tego, by czegoś nie robić, jeśli wiemy, że nasze działania nie przyniosą sukcesu.
Zajmijmy się jednak przez chwilę treścią książki. To opowieść o wirtuozie fortepianu i jego współtowarzyszach nauki, którzy uznając, iż nigdy nie będą w stanie dogonić geniusza, porzucają marzenia o grze. Żeby decyzja ta była dla nas bardziej zrozumiała, postacią geniusza jest znakomity odtwórca Bacha, Glenn Gould, ten sam, który w czasie gry nucił sobie kolejne nuty, co chyba każdy wielbiciel muzyki poważnej usłyszy przy odpowiednim wsłuchaniu się w dźwięki. Zaczynamy więc powoli rozumieć intencje naszych bohaterów jednocześnie nie zgadzając się z nią. Gdyby bowiem każdy pianista poszedł w ich ślady, to pewnie nie mielibyśmy Krystiana Zimmermana, Jewgienija Kisina czy Rafała Blechacza, ale, jak mawia przysłowie, każdy jest kowalem swego losu. Nasza dwójka rzuca więc fortepian, wyzbywa się instrumentów i próbuje jakoś ułożyć sobie życie. Widząc jak to im wychodzi zdajemy sobie sprawę, że zrujnowali sami sobie życie. chyba żaden z nich nie pojął, że światu nie są potrzebni sami geniusze, jest też w nim miejsce dla mniej zdolnych, a nawet miernot. Dopiero kiedy dojdzie do nas ta prawda, poczujemy się naprawdę przegrani. Nikt bowiem, jeśli nie będziemy chcieć tego sami, nie będzie w stanie zniszczyć nam życia i my sami też nikomu życia nie zniszczymy, zawsze tkwi w nas ta iskierka nadziei, resztka woli walki, instynkt samozachowawczy, który pozwoli nam przetrwać. Choć może się mylę, może to Bernhard ma rację. Sam nie wiem.
Mówimy jedno słowo i niszczymy człowieka, a ów zniszczony przez nas człowiek w chwili, kiedy wypowiadamy owo niszczące słowo, nic nie wie o tym śmiertelnym porażeniu