
Kiedy kilka lat temu mieliśmy kryzys uchodźczy, kiedy dziesiątki tysięcy ludzi uciekao przed wojną, pomocą i biedą, wielu ludzi, korzystając z anonimowości, jaką daje Internet, wylewało z siebie hektolitry nienawistnego jadu, ciesząc się często z tragedii, jakie ucieczkom tym towarzyszyło. Prawdopodobnie ludzie ci, gdyby dowiedzieli się o tym, że oto nawołują do stosowania przemocy na tle rasowym, upodabniając się tym samym do półanalfabetów z hrabstwa Forsyth, byliby zaskoczeni. Tymczasem wszelkie zło zaczyna się od słów.
REKLAMA
Cała historia zaczęła się w 1912 roku. Trzech czarnoskórych robotników zostaje oskarżonych o gwałt i zamordowanie białej dziewczyny. Jedyną przesłanką, która przemawiała przeciw aresztowanym była zwykła plotka, wystarczyło to jednak do aresztowania całej trójki i zlinczowania jednego z aresztowanych. Wkrótce przez okolice zaroiło się od „nocnych jeźdźców”, samozwańczych obrońców czci kobiet. Podpalenia i zastraszanie wypędziło na wiele lat czarnoskórych mieszkańców hrabstwa, co w konsekwencji uniemożliwiło mieszkańcom przejście zmian mentalnych, a w konsekwencji zakonserwowało w nich rasizm zarówno w języku, jak i na ulicznych wystąpieniach.
Tak, historyczny reportaż Patricka Phillipsa zmusza nas do refleksji nie tylko nad społeczeństwem amerykańskim. Przez pryzmat tej książki winniśmy spojrzeć na samych siebie. Czy naprawdę jesteśmy społeczeństwem otwartym? Czy nigdy nie wyrwała nam się z ust uwaga mająca rasistowskie lub seksistowskie podłoże? Czy nie użyliśmy nigdy nazwy narodu czy rasy, by określić czyjś charakter lub styl życia? Wreszcie, czy widząc przejawy rasizmu w swoim otoczeniu, czy krytykujemy je? Czy staramy się choć w minimalnym stopniu kształtować innych ludzi? Czy cokolwiek robimy, by ten świat nieco ulepszyć, poprawić, by za kilkadziesiąt lat ludzie nie skakaliby sobie do gardeł z przyczyn tak prozaicznych jak kolor skóry?
Bowiem nasza bezczynność to zgoda na przyszłe zbrodnie.
