
Nie upilnuje mnie nikt. Grzech z zamszu i nietoperzy zawisł na strychach strachu półmysią głową w dół O zmierzchu wymknę się z wieży, z warownej ucieknę wieży, przez cięcie ostrych os, przez zasiek zatrutych ziół
REKLAMA
Wreszcie. To sowo wypowiedziałem w połowie lektury tej książki. Wreszcie Zuzanna Ginczanka, zapomniana nadzieja polskiej poezji, doczekała się dobrej biografii. Malkontenci pewnie żachną się pytając, jakież to osiągnięcia mogła mieć dwudziestoparoletnia dziewczyna, której literacki dorobek zamknął się w jednym, liczącym 464 strony, tomie? I pewnie ci sami krytycy będą zachwycać się spuścizną Baczyńskiego czy Gajcego, nie pamiętając o tym, że ich osiągnięcia literackie były niewiele większe. A przecież tragizm przywołanych poetów z pokolenia Kolumbów fraszką jest wobec losów tej, której przypisuje się talent równy talentowi Tuwima. Nie spierając się jednak z głosami umniejszającymi znaczenie poezji Ginczanki dla naszej spuścizny kulturowej zagłębiłem się w śledzenie losów Tej, o której jeszcze dziesięć lat temu nawet nie słyszałem. Nasza poetka to postać ze wszech miar tragiczna. Atakowana za życia, zapomniana po śmierci była niewygodnym wspomnieniem zarówno naszej rodzimej ksenofobii, jak i tego przeklętego braku poczucia wspólnoty narodowej. Po wojnie, poza procesem Chominowej i jej męża, niewiele wspominano o tej poetce. Dlaczego? Wszak czytając jej wiersze, choćby ten przywołany na początku notki, widzimy nie tylko uczucie piszącej, ale i dojrzałość w formułowaniu myśli i zabawę słowem, właściwą tym, którzy z polszczyzny starali się wydobyć to, co najpiękniejsze.
Zacznijmy jednak od samego początku, tak w telegraficznym wręcz skrócie. Młoda żydowska dziewczyna z Równego na Wołyniu, obdarzona nie tylko zniewalającą urodą, ale też sporym talentem, przybywa na studia do stolicy i przebojem wdziera się na literacie salony. W jej towarzystwie widzimy takie tuzy Literackie jak Wittlin, Uniłowski, Gombrowicz czy Łobodowski. Pierwsze osiągnięcia Literackie, pierwsze tomiki, tak różnie przyjmowane przez krytykę, pierwsze przykrości i upokorzenia. I wreszcie wojna, z tragicznym dla Poetki końcem. Nie, nie będę tu streszczać całej rekonstrukcji życia Ginczanki, chcę tu tylko złożyć wyrazy uznania Autorce, która porównując wszystkie dostępne jej źródła odtworzyła życie nadziej polskiej poezji w sposób pozwalający też przyszłym badaczom zapełnić to, co dalej jest białą plamą w życiu zapomnianej poetki.
I na koniec mała refleksja. Zachował się krótki film z jednego z dancingów w Adrii. Na króciutkim, raptem czterosekundowym fragmencie widać zjawiskowo piękną kobietę o bizantyjskim, smutnym spojrzeniu. To Zuzanna Ginczanka. Dotąd cała pamięć o Niej to cztery sekundy filmu.
Zbyt mało.
