
Pragnienie śmierci i obawa przed życiem nie jest bynajmniej rzeczą godną – największą chwałą jest natomiast stawić czoło grożącym nieszczęściom. (Giovanni Boccacio)
REKLAMA
Jonas zapewne nie słyszał prawdy wypowiedzianej przez czternastowiecznego włoskiego pisarza. Ba, założę się, że nasz bohater nie słyszał o istnieniu twórcy Dekamerona, bowiem kiedy uznał, że umiejętność poukładania sobie życia go nieco przerasta, postanowił popełnić samobójstwo. Oczywiście zadanie sobie śmierci jest równie trudne, jak i łatwe. Niemożliwym się jednak staje, gdy potencjalny samobójca nie chce, by widok jego martwego ciała wywołał szok u jego ukochanej córki. Nasz bohater jest jednak gotowy na śmierć i postanawia szukać miejsca, gdzie na pewno nie dojrzą go oczy dawnej żony, jak i córki. Wybór pada na anonimowe państwo, w którym jeszcze niedawno trwała wojna. To chyba najlepsze miejsce by umrzeć, by nikt nie zadawał zbędnych pytań, którym nikt nie będzie dociekał przyczyn śmierci. Rusza więc w podróż zabierając ze sobą narzędzia, w tym małą wiertarkę. Podróżny z wiertarką szykujący się na śmierć? Może wydawać się to dziwne, ale jak wszyscy wiemy, Islandczycy wpadają na dość niekonwencjonalne pomysły, a z drugiej strony- czy ktoś z nas wie, co powinno się zabrać w swoją ostatnią drogę? Czy mężczyzna, który wyremontował pięć kuchni i siedem łazienek, nie ma prawa ruszyć na śmierć z wiertarką w podręcznym bagażu? Nie czepiajmy się może dziwactw Jonasa, bowiem i jego samego zaskoczyłyby nasze przyzwyczajenia. Nasz bohater, już na miejscu, dowiaduje się, że trafił do kraju ludzi poranionych, zarówno w sposób fizyczny, jak i emocjonalnie. Trafił do kraju zdewastowanego, w którym brak zarówno złotych rączek, jak i wiertarek.
Czy nasze życie ma jakąkolwiek wartość? Czy jest coś, co określamy sensem życia? Te pytania gdzieś znikają w czasie lektury. Wypowiadanie ich staje się z kartki na kartkę istnym bluźnierstwem. Ta sucha, nordycka narracja, zaczyna napawać czytelnika optymizmem. Czytamy bowiem o kimś, kto zaczyna rozumieć, że nawet pięćdziesięciolatek z wiertarką może uczynić świat nieco lepszym, znośniejszym. Oczywiście ktoś taki nie doprowadzi do globalnego pokoju, nie zlikwiduje ksenofobii i wszelkich uprzedzeń, może jednak zapewnić komuś, kto widział piekło na ziemi światło w domu, działający prysznic czy choćby zamykające się drzwi. Dla ofiar wojny, które zapomniały o takich luksusach, zmienia się cały świat. Nasz bohater nie okazuje radości, praca jest dla niego nie tyle udręką, co odsunięcie planów o śmierci w bliżej nieokreśloną przyszłość. Mężczyzna zaczyna się zmieniać w sposób ledwie dostrzegalny dla czytelnika. Tak, zaczynamy rozumieć, że ta książka to swoisty moralitet z przesłaniem dla tych, których codzienność pozbawia woli życia, którzy uznają, że wszystko, co dobre ich już ominęło. I nawet jeśli nie znajdziemy na końcu jednoznacznie optymistycznego zakończenia, to możemy dopisać je sami, kreując pasujący nam happy end.
Bo dla każdego szczęśliwe zakończenie oznacza coś innego, prawda?
