
Idziemy do nich po nadzieję, zdrowie, po cud. Jesteśmy źli, gdy okazuje się, że nie spełnią naszych oczekiwań. Nie przyjmujemy do wiadomości żadnych logicznych argumentów. Winni są oni- pracownicy służby zdrowia. Nasz podziw i łaska na pstrym koniu jedzie.
REKLAMA
Dwadzieścia opowieści pracowników służby zdrowia. Dwadzieścia historii, o których rozmówcy Marianny Fijewskiej nie zapomną do końca życia. A może lepiej powiedzieć, że to wstrząsający reportaż o polskiej służbie zdrowia? Każdy z nas będzie odczytywać tę książkę po swojemu i każdy pewnie znajdzie w niej coś, po czym uderzy się w pierś i zweryfikuje swój dotychczasowy osąd o lekarzach czy pielęgniarkach, zacznie dostrzegać w nich przede wszystkich ludzi, a więc tych pracowników, którzy nie są cudotwórcami, którzy mają swoje uczucia czy bywają choćby zmęczeni. Nie, nie będę streszczać opowiedzianych historii, powiem tylko, iż dziwnie się je czyta właśnie dzisiaj. Przez ostatnie tygodnie byliśmy bowiem świadkami zmieniającego się stosunku do lekarzy czy pielęgniarek. Początkowo traktowani jako bohaterowie walki z pandemią teraz są postrzegani jako zagrożenie dla otoczenia. Karteczki z „prośbami” o wyprowadzenie się z bloku, ostracyzm wobec dzieci, uszkadzane samochody. Kilka przypadków, które szczegółowo opisały media społecznościowe. Jak to pogodzić z oczekiwaniem na leczenie? Czyżbyśmy, jako społeczność, traktowali pracowników służby zdrowia niczym gorszą grupę, kastę niegodną szacunku, od której się tylko wymaga spełnienia swej misji. Bowiem nawet odmawiamy im podstawowych praw pracowniczych, choćby prawa do zmęczenia, obaw o własne zdrowie, godny zarobek czy zwykły ludzki szacunek. I nie mówmy, że to wina nagonki politycznej z tego czy innego powodu. Pewnie to tkwi w nas samych, w naszym poczuciu indywidualizmu, który przeszedł zbyt daleko idącą metamorfozę prowadząc nas do manii grandiosa.
Zróbmy może przy okazji tej lektury mały rachunek sumienia.
