
REKLAMA
W Świercznicy zostało znalezione ciało Wioletty Kamińskiej. Dziewczyna kilka dni wcześniej przyjechała do małej, zapomniane wioski, wypytywała mieszkańców, a w końcu została zgwałcona i uduszona. Lokalni policjanci są w kropce i z braku podejrzanych szybko umarzają śledztwo.
Przyjaciel Dionizy Remańskiej jest przekonany, że w tej sprawie kryje się coś więcej, a brak efektów dowodzi jedynie niekompetencji miejscowych, więc prosi byłą policjantkę o pomoc. Ta w towarzystwie posterunkowej Jeminy pod przykrywką rusza do miasteczka, do maleńkiej społeczności, która silnie broni swoich sekretów.
„Więzy krwi” Hanny Greń to druga część cyklu o Dionizie Remańskiej, byłej policjantce, a obecnie rozmyślającej nad karierą detektywistyczną śledczej. Tym razem jej śledztwo dotyczy sprawy dla Remańskiej obcej, tym milej się więc obserwuje, jak radzi sobie, gdy nie jest zaangażowana emocjonalnie. Co prawda jeszcze nie rozwinęła dostatecznie skrzydeł – z powodu partnerującej jej Jeminy – ale chyba jej rozwój (zarówno osobisty, jak i zawodowy) będzie jednym z tych wątków autorka słusznie skupi się w kolejnych tomach.
Ciekawa jest także postać Jeminy – posterunkowej, która na pierwszy rzut oka zdaje się być po prostu niedoceniana. Kobieta skarży się na pracę za biurkiem i podczas pierwszego od lat śledztwa chce się wykazać. Stanowi ciekawe dla Dionizy uzupełnienie, będąc od koleżanki bardziej nieporadną i lekkomyślną. Swobodnie traktuje zarówno przepisy, jak i frazeologizmy, często się przejęzyczając. Jednocześnie jednak w „Więzach krwi” stanowi jednocześnie element komiczny, jak i motor wydarzeń, powodując kilka zwrotów fabularnych. Choć ostatecznie nie jest postacią, którą czytelnik może polubić, to dzięki niej czytelnik może zobaczyć, jak Dioniza prowadzi śledztwo w zależności od tego, kto jest jej partnerem.
„Więzy krwi” powielają po części motyw z poprzedniego tomu. Hanna Greń znów umieszcza akcję w małym miasteczku, wśród zamkniętej społeczności i tak zawiązując akcję, by wraz z ujawnieniem się zagadki ujawniały się także długo skrywane sekrety mieszkańców. Jasne, jest to zrozumiałe, jako że autorka umieściła Dionizę na górskiej prowincji, więc będzie to najwyraźniej motyw przewodni dla kolejnych tomów, pytanie jednak jak szybko ta formuła się wyczerpie, bo o powtarzalność tu łatwo (zresztą zauważalną już na etapie tomu drugiego).
Sama zagadka nieco ginie wśród kolejnych rozmów i fałszywych tropów, jednak jest ciekawie pomyślana i zahacza o tematy tabu, które niestety nie dostały dostatecznie dużo miejsca, by móc wybrzmieć. Może wynika to z nieco nadmiernie rozbudowanego wątku współpracy Jeminy i Dionizy, może ze zbytniego rozbudowania świata lub wprowadzenia zbyt wielu podejrzanych, ale wydaje się, że Hanna Greń miała wizję, ale była ograniczona przez narzuconą liczbę stron. Miło, że Greń nie stara się tworzyć ogromnych kryminałów mających po kilkaset stron, ale po lekturze „Więzów krwi” czuć niedosyt. Zabrakło kilkudziesięciu stron, dzięki którym autorka ze spokojem mogłaby rozwinąć swoje pomysły.
„Więzy krwi” Hanny Greń ukazują, że mimo przeciętnego tomu pierwszego, kolejny może być lepszy. Nie jest to wciąż seria, którą można bez wahania polecić jako przykład świetnego kryminału, ale jest idealna jako leniwa, niezobowiązująca rozrywka.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
