Charles Bukowski
O kotach
Charles Bukowski O kotach Noir sur Blanc

kot nasrał mi w archiwum wlazł do skrzynki po pomarańczach Golden State Sunkist i nasrał na wiersze same oryginały przeznaczone dla akademickich archiwów ten jednouchy tłusty czarny krytyk skreślił mnie

REKLAMA
Wychodzi na to, że z Bukowskim łączy mnie jeszcze jedno. Koty. Powiadają, że kiedy stwórca stworzył kota, uznał, że już nic doskonalszego stworzyć się nie da. Bo tak jest w istocie. Kot nie udaje, kota wytresować nie sposób, kot albo kogoś akceptuje, albo też uznaje go za urządzenie do nasypywania karmy. Koty więc lgną tylko do dobrych ludzi. Wiem, bo od dwudziestu pięciu lat stale mam kota, a ten pierwszy towarzyszył mi przez osiemnaście lat. Jednak Buk i koty, przy całym trybie życia ikony bitników, to połączenie wydaje się być nieco dziwne. Wiem, kot potrafi zadbać sam o siebie, jednak są też granice samodzielności kota trzymanego w mieszkaniu. Jednak do „starego świntucha” lgnęły koty jemu podobne, jak kocur, który zmęczony okazuje człowiekowi jedynie swe przyrodzenie.
Czytając te niepublikowane wiersze i krótkie formy prozaiczne, poznałem Bukowskiego od innej strony. To odkrycie potwierdza moją tezę, iż jego utwory powinny być zakazane dla osób poniżej trzydziestego roku życia. Dopiero dojrzały czytelnik pojmie, że pod wulgarnością słowa i opisywanym brudem życia kryje się wielka wrażliwość, tak wielka, że należy ją ukryć rubaszną wulgarnością, by źli ludzie jej nie zobaczyli i nie zranili zbyt mocno. By nie narzucili swej woli bezdusznym nakazem, bo poeta to wolny duch, co nie znosi nawet miłości jako nakazu, poszukiwania. Miłość przychodzi niczym bezdomny kot pod nasze drzwi.
Czytajmy.