
Gdzieś daleko czai się zło. Otacza swe ofiary, zmusza do niewolniczej pracy lub fizycznie eliminuje. Nie wiadomo jak z nim walczyć, to zło nowe, jest czymś nowym, zupełnie nieznanym, złem absolutnym.
REKLAMA
Cicha, białoruska prowincja gdzieś na siedemnastym kilometrze dawnej trasy Brześć – Włodawa. To tu swą pierwszą w życiu nieruchomość nabywa dziennikarka i pisarka Ałka Bobyłowa. Nasza bohaterka pracuje nad książką, która raczej nie ukaże się w jej ojczyźnie. To opowieść o tych, dla których Związek Radziecki nigdy nie był ojczyzną, o ukraińskich nacjonalistach. Ałka należy bowiem do opozycji, oj nie kocha jej ani białoruska milicja, ani, z całą pewnością, białoruski dyktator. Jednak to nie polityka, a na pewno nie wprost, jest tematem Budki. Ta książka jest o tym, co dzieje się z ludźmi, którzy tracą swoje korzenie, swoją tożsamość, poczucie wspólnoty i patrzą na siebie z nienawiścią. I chyba tylko tu możemy szukać politycznego kontekstu książki. Język białoruski, kultura białoruska jest dla „ciepłego człowieka”, dla „batiuszki” synonimem czegoś gorszego, synonimem stania w opozycji wobec reżimu. Ten skutek półwiekowej rusyfikacji spowodował, że przez długi czas używanie języka ojczystego, a nawet barw narodowych, stały się czymś z początku niemile widzianych, a następnie poddawanych karze. Naród białoruski, jak powiedział niedawno opozycyjny polityk, Mikołaj Statkiewicz, hołduje tradycji mimikry. Takie dostosowanie się do podłej rzeczywistości, pozwala na zachowanie resztek substancji narodowej i z tego powodu jest nie tylko zrozumiały, ale i cenny. Jednak przyparci do muru Białorusini buntują się, zaciekle walcząc o to, co naprawdę ważne. I właśnie ta sytuacja nastała, kiedy cała okolica została opanowana przez zło. Nie ma ratunku, nie ma dróg ucieczki, pozostaje tylko walka, nawet jeśli będzie z góry skazana na przegraną.
Wiem, oddaliłem się od samej książki, pisząc o samej Białorusi i mentalności jej przedstawicieli. Pisanie jednak o tej książce, bez szczegółowego zdradzania jej treści, jest niemożliwe. To trzeba przeczytać, wejść w narrację, wejść w grozę i dopiero wtedy zrozumiemy, co Wydawca miał na myśli pisząc, iż Natalka Babina jak nikt nie łączy sielskości białoruskiej wsi z czającym się w ukryciu złem.
