
REKLAMA
Anna niedawno została wdową. W tragicznym wypadku ginie jej mąż i pasierbica, a na nią samą spada grom oskarżeń. Zdarzenie jest na tyle nietypowe, że policja zaczyna się jej bliżej przyglądać. Szczególnie, że jak na kogoś w żałobie, jest zdecydowanie za bardzo pogodna.
Anna odziedziczyła majątek, mieszkanie i wścibską rodzinę męża, która nie przestaje jej nachodzić. Chciałaby żyć teraz w spokoju i ułożyć sobie przyszłość na nowo, póki co musi jednak dookoła zapewniać o wielkiej miłości, którą straciła. Nie jest to łatwe, bo małżeństwo nie było idealne, a dodatkowo znienacka zaczyna dostawać tajemnicze wiadomości brzmiące jak pogróżki.
Opis „Żałobnicy”, najnowszej powieści Roberta Małeckiego, brzmi co najmniej intrygująco. Obiecuje zagadki, napięcie, rozgrzebywania przeszłości i kwestionowania wiarygodności narracji. Nazwisko autora także gwarantuje solidną rozrywkę, a przynajmniej tak mogłoby się zdawać.
W „Żałobnicy” brakuje napięcia. Rzeczy się dzieją, kolejne wydarzenia następują po sobie, fakty są odkrywane, ale brakuje w tym życia, energii. Można tę decyzję wyjaśnić – bo Małecki w swoich innych książkach udowadnia, że umie budować napięcie – próbą pokazania całej historii z punktu widzenia Anny, która funkcjonuje jakby była zamroczona lekami, niemal całkowicie apatyczną wobec otaczającej jej rzeczywistości. Można, ale jeżeli taka decyzja została podjęta, to jest ona strzałem w kolano.
Anna jest za mało wiarygodną postacią, by czytelnik mógł w nią uwierzyć lub jej kibicować, co sprawia, że bez entuzjazmu śledzi się narrację prowadzoną z jej perspektywy. Do tego cała powieść została rozdzielona na dwie części wzajemnie się przeplatające – „Wcześniej” i „Teraz”, które urywają się w irytujących momentach. Może miało to dać poczucie cliffhangeru zachęcającego do jak najszybszej dalszej lektury, ale w połączeniu z ospałością narracji, jak i dziwnej kolejności odsłaniania informacji, daje wrażenie jednego wielkiego bałaganu. Całość zmierza donikąd, toczy się, a potem urywa.
Momentami ma się więc wrażenie, jakby „Żałobnica” była debiutem literackim, a nie dziełem wprawionego już i w miarę uznanego autora kryminałów. Ma na szczęście dobre elementy, więc lektura nie jest całkowicie stracona. Można docenić sposób budowania postaci drugoplanowych, w których wiarygodność w przeciwieństwie do Anny można uwierzyć. Można docenić niektóre rozwiązania (wątek instagramowy, wątek związany z przejazdem kolejowym, wątek taksówkarza), sam pomysł na historię czy punkt wyjścia. Wydaje się, że całość lepiej by zagrała, gdyby narrację ustawić z innej perspektywy. Ale można zrozumieć decyzję Małeckiego, nawet jeśli ostatecznie okazała się ona nietrafiona.
„Żałobnica” ma ciekawy zamysł i kilka dobrych twistów, ale cała opowieść załamuje się przez apatyczną narrację i nierównie rozłożone wątki. Dla fanów autora będzie to z pewnością lektura obowiązkowa (lecz raczej szybko zapomniana), dla reszty być może ostatnie spotkanie z Małeckim. Słowem, jeśli już sięgać po książki Małeckiego, to lepiej zacząć od sagi o komisarzu Grossie.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
