Eliane Brum
Kolekcjoner porzuconych dusz
Eliane Brum Kolekcjoner porzuconych dusz Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Uprawianie dziennikarstwa, przynajmniej w moim przypadku, oznacza wejście w cudzą skórę. To zdanie wydaje się być myślą przewodnią pracy Eliane Brum. Jej starania powodują, że Czytelnik zasypiając będzie czuł, iż jest beneficjentem niezasłużonego przywileju urodzenia w odpowiedniej rodzinie czy swego stanu zdrowia. A jednocześnie poczuje wstyd, że nie docenia tego przywileju, bowiem innym nie jest on dany.

REKLAMA
Brazylia. Kraj dwudziestokrotnie większy od Polski, ponad 200 milionów mieszkańców. Kraj, który na pierwszy rzut oka, dominuje nad całą Ameryką Południową, trudno określać mianem monolitu. Dla Eliane Brum jest kilka Brazylii. Dla turystów, rzeczywistych czy potencjalnych, Brazylia to kraj piłki nożnej, karnawału czy bezprawia Haweli. Mało kto jednak wgryza się w Brazylię nieznaną. Brazylia ludzi starych, którzy bezpiecznie czują się jedynie w domach spokojnej starości, Brazylię ludzi, którzy pracowali przy azbeście, wreszcie Brazylię ludzi bez tożsamości, mieszkających gdzieś w głuszy, skazanych na śmierć, kiedy ośmielą się bronić swych domostw. A Brazylia matek, które kupują trumny dla swoich synów, by ci, jeśli zostaną zabici, czy to w wyniku porachunków mafijnych, czy w przypadkowych strzelaninach, mogli być pochowani w sposób godny. Są różne Brazylie, jak sami widzimy i tak naprawdę to chyba wolimy o nich nie wiedzieć. Wszak lepiej myśleć o Brazylii przez prymat pośladków tancerki prowadzącej karnawałową paradę w Rio, czy smakiem cachacy. Po cóż więc przypominać nam o istnieniu ludzi, którym się nie udało? Czy jesteśmy w stanie poprawić ich los? A jednak czytamy takie reportaże. Czasem ronimy łzy, wspominamy o nich w trakcie rozmów ze znajomymi, jako ciekawostkę, bo przecież nas nie dotyczącą. A jednak w dobie globalizacji Brazylia jest nam bliższa niż się nam wydaje, choćby z powodu wołowiny, znajdującej się w ofercie jednej z sieci handlowych. Skoro więc mamy przywilej zajadania się antrykotami z brazylijskich krów, czy nie powinniśmy, choćby przez zwykłą empatię, nie zastanowić się nad prawdziwym kosztem jej powstania?
Przyznam się, że nie potrafię myśleć o reportażach Brum, bez myślenia o historii z Głodu Caparrosa. Tak, tej, w której matka gotowała z ziemi zupę dla swych dzieci. I budzi się we mnie bunt przeciw nierównościom społecznym czy konsumpcjonizmowi, budzi się myśl o powrocie do czasów, kiedy więcej myśleliśmy, czytaliśmy, przeżywaliśmy, niż konsumowaliśmy. Może wówczas staniemy się na nowo wrażliwi na cudze nieszczęścia, skłonni do małych, osobistych wyrzeczeń, które z pozoru nie mają znaczenia, ale globalnie zmienić mogą wiele.
Pamiętajmy o tym.